×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Powrót (przez mękę) do domu. Polacy wracają do kraju


Zamknięcie międzynarodowego ruchu lotniczego z/do Polski oraz akcja LOT-u i polskiego rządu #LOTdoDomu są jednocześnie chwalone i krytykowane. Na zachodnich granicach korki sięgają... Berlina. Akcja powrotu do domu tysięcy Polaków przebiega często dość problematycznie.


Rozumiemy powagę sytuacji i rozumiemy, że sytuacja zmusiła władzę do podjęcia drastycznych decyzji w celu walki z zagrożeniem. Jednak niektóre decyzje wydaje się, że mogły być bardziej przemyślane, co pozwoliłoby uniknąć wielu problemów dla wracających do kraju Polaków. 

Pandemia koronawirusa wciąż się rozprzestrzenia, gdy w Azji zagrożenie powoli zaczyna zanikać, Europa stała się nowym epicentrum wirusa. W ubiegły piątek (13.03) polski rząd podjął decyzję o zamknięciu granic w Polsce. Wszystkie międzynarodowe połączenia drogowe, kolejowe i lotnicze zostały zawieszone do odwołania. Wprowadzony został zakaz wjazdu do kraju dla cudzoziemców, dla wjeżdżających do kraju polskich obywateli została wprowadzona obowiązkowa kwarantanna domowa. Granice pozostały otwarte wyłącznie dla przepływu towarów. 

Zawieszenie działalności operacyjnej LOT-u i wszystkich linii lotniczych operujących do Polski trwa od 15 do 28 marca (godzina 23:59 czasu lokalnego). Na ten czas zostały zawieszone wszystkie połączenia komercyjne, a dozwolone są jedynie połączenia repatriacyjne z Polakami do kraju lub z obcokrajowcami do ich krajów. 

Polski przewoźnik razem z rządem polskim rozpoczął operację #LOTdoDomu, skierowaną w pierwszej kolejności do obywateli RP, którzy pozostają poza granicami kraju i ze względu na znaczną odległość nie są w stanie przekroczyć granicy Polski drogą lądową. 

Drogi ratunek

Decyzję o uruchomieniu akcji podał premier Mateusz Morawiecki w ubiegłą sobotę, podczas konferencji, na której był obecny również prezes LOT-u, Rafał Milczarski. Platforma rezerwacyjna została uruchomiona w sobotę wieczorem i początkowo nie była sobie w stanie poradzić z obsługą napływających zgłoszeń. Nasi czytelnicy skarżyli się, że dokonanie zgłoszenia zajmowało kilka godzin, zaś gdy finalnie zgłoszenie było pozornie wysłane, nie otrzymywali żadnej wiadomości zwrotnej od LOT-u. 

Następnego dnia LOT zrealizował już pierwsze rejsy repatriacyjne oraz ostatnie rejsy powrotne, które wystartowały z Warszawy przed zamknięciem granic. Początkowo polski przewoźnik realizował połączenia udostępniając pasażerom trzy klasy rezerwacyjne - ekonomiczną, ekonomiczną premium i biznes. Dotyczyło to nie tylko rejsów długodystansowych czy tych obsługiwanych dreamlinerami, ale także połączeń krótkodystansowych realizowanych wąskokadłubowymi samolotami bez wydzielonej klasy biznes.

Zainteresowanie połączeniami było tak duże, że w wielu przypadkach pasażerom zostawały jedynie drogie miejsca w klasie biznes, które w zakresie twardego produktu niczym nie różniły się od klasy ekonomicznej. Dodatkowo na początku przeloty były oferowane po cenach znacznie przekraczających zapowiadane widełki, do czego później przyznał się LOT, zasłaniając się problemami technicznymi. Na szczęście od samego początku polski przewoźnik przyjął taką politykę cenową, że taryfy za bilety były stałe, a nie dynamiczne - nie zmieniały się w zależności od momentu rezerwacji czy ogólnego zainteresowania.  


Po wprowadzeniu tych biletów, na polskiego przewoźnika spadła fala krytyki ze strony pasażerów jak i mediów, po czym linia wycofała się z pomysłu sprzedaży biletów w podziale na klasy na połączenia oznaczane jako repatriacyjne. Obecnie LOT sprzedaje miejsca jedynie w klasie ekonomicznej, ceny biletów również spadły, choć i tak były wyższe od cen rynkowych, ale do tego przejdziemy później. Na konferencji prasowej poświęconej akcji zapowiedziano, że część kosztów organizacji lotów pokryje polski rząd. 

Od 14 marca, kiedy ruszyła operacja #LOTdoDomu do wczoraj, do Polski sprowadzono ponad 8,5 tys. osób, wykonując 56 operacji lotniczych z kilkudziesięciu kierunków z całego świata. W kolejnych dniach planowane są kolejne rejsy, mające na celu sprowadzenie do kraju tych osób, które z powodu koronawirusa i wstrzymania ruchu lotniczego oraz kolejowego, nie mogły w normalnym trybie wrócić do domów.

Jak przekonuje przewoźnik operacja #LOTdoDomu ma charakter niekomercyjny i jest realizowana we współpracy z polskim rządem. 

"W tej sytuacji pomoc Polakom to obowiązek narodowego przewoźnika. LOT zabiera pasażerów z wielu krajów, stara się latać tam, skąd Polacy nie mają możliwość w inny sposób powrócić do ojczyzny" - czytamy w komunikacie prasowym przesłanym do naszej redakcji.

Szybka akcja 

Pomińmy problemy wieku dziecięcego z akcją #LOTdoDomu, które można przypisać ekspresowemu i chaotycznemu procesowi powstawania projektu, wszakże decyzję o zamknięciu granic ogłoszono w piątek, w sobotę po południu odbyła się konferencja, a wieczorem wystartowała platforma. Następnego dnia miały ruszyć pierwsze loty. Załóżmy, że rząd miał dobre intencje, a były nimi szybkie sprowadzenie Polaków przebywających za granicą do kraju i ograniczenie rozpowszechniania się koronawirusa w Polsce. Czy państwu się udało? Nie do końca...

Zamykając granice Polski, połączenia międzynarodowe z/do Polski realizowane przez inne linie lotnicze, pasażerowie, którzy mieli wykupione bilety na regularne połączenia, nagle zostali postawieni w trudnej sytuacji. Zagraniczni przewoźnicy odwołali loty, nie licząc połączeń stricte czarterowych, czyli dokładnie takich samych, jakie realizuje LOT. Zawieszenie wszystkich połączeń do Polski spowodowało, że dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy pasażerów z wykupionymi biletami zostało uziemionych na całym świecie. Zostały im dwie możliwości - kupić nowe bilety na połączenie np. do Niemiec i przekroczyć granicę drogą lądową lub też czekać na rejs ratunkowy LOT-u, pod warunkiem oczywiście, że przewoźnik zbierze wystarczającą liczbę pasażerów i będą dostępne bilety. 

Obecnie LOT, jako jedyna linia na tak dużą skalę realizuje loty repatriacyjne do Polski. Samoloty polskiego przewoźnika są całkowicie wyprzedane, a nasi Czytelnicy skarżą się, że brakuje miejsc lub linia nie uruchamia lotów do danego punktu. Oczywiście jasne jest, że linia nie może polecieć wszędzie z bardzo wielu przyczyn, ale prawdziwym problemem jest brak komunikacji. Prawdopodobnie ze względu na ogromną liczbę poszkodowanych i chaos informacyjny wśród organizatorów, zarówno infolinia MSZ, lokalne placówki dyplomatyczne czy sam LOT, nie byli w stanie udzielić informacji wielu pasażerom, którzy zostali postawieni pod ścianą. 

Para turystów przebywających na Bali po wielu próbach nawiązania kontaktu, w końcu dowiedziała się od miejscowego konsula, że ten nie wie czy i kiedy LOT poleci na wyspę i zalecił im dopłynięcie do Singapuru. Obecnie wydaje się, że sytuacja zaczyna się minimalnie poprawiać, choć nadal nie można nazwać tej akcji sprawną ewakuacją. 

Dlaczego tylko LOT-em? 

Czy zawieszenie wszystkich regularnych połączeń międzynarodowych z/do Polski było dobrym posunięciem? Większość pasażerów wracających z LOT-em, wcześniej posiadało zarezerwowane bilety powrotne innymi liniami. W przypadku tras europejskich, zwłaszcza z Wysp Brytyjskich, były to połączenia liniami budżetowymi - Wizz Airem i Ryanairem, a w przypadku tras długodystansowych najczęściej Lufthansą czy liniami z Zatoki Perskiej z międzylądowaniami. Zagraniczne linie zawieszając połączenia w związku z zamknięciem granic pozostawiły pasażerów wyłącznie LOT-owi. Podróżni ci musieli raz jeszcze zapłacić za bilet i czekać na miejsce na pokładzie polskiego przewoźnika. W wielu przypadkach musieli zapłacić znacznie więcej za rejs LOT-em niż za pierwotnie zarezerwowane połączenie. Jaka więc byłaby różnica, gdyby Polacy wrócili do kraju na pokładzie innych linii? Zaoszczędziłoby to zachodu, zmian, nerwów, a przecież obce linie też mogłyby na pokład wpuszczać tylko obywateli Polski, jeśli wprowadzone zostałyby takie przepisy. Co więcej, gdyby ruch lotniczy był większy, średnie obłożenie w samolotach byłoby niższe, co pozwoliłoby na rozsadzenie pasażerów po całym samolocie i zmniejszyło ryzyko zakażenia. W przypadku lotowskich rejsów, samoloty są pełne lub niemal pełne, jak w takich warunkach zadbać o zdrowie i bezpieczeństwo pasażerów?

Po co więc LOT został zaangażowany w tę akcję, skoro zdecydowana większość pasażerów mogłaby wrócić innymi liniami z zachowaniem przepisów, zasad higieny i bezpieczeństwa. Czy polski rząd obawiał się, że inne linie mogą z różnych powodów odwołać rezerwacje i zostawić pasażerów na lodzie czy może chciał faworyzować LOT i wykorzystać go wizerunkowo? Jeśli celem było faktyczne uszczelnienie kwarantanny, to wyszło trochę na odwrót. Nasi czytelnicy zaznaczali, że niejednokrotnie na pokładzie pełnym pasażerów znajdowały się osoby z wyraźnymi objawami zakażenia - kaszlem czy gorączką. Co więcej dopiero po jakimś czasie załoga reagowała i przynosiła maseczkę i rękawiczki. W dużym uproszczeniu, ci sami pasażerowie mogliby przylecieć kilkoma samolotami do Polski na pokładzie innych linii zamiast jednym samolotem LOT-u. 

Linii Enter Air, który realizuje ok. 10 powrotnych (zaplanowanych wcześniej) rejsów czarterowych dziennie zaznacza, polski rząd nie oferował przewoźnikowi udziału w akcji #LOTdoDomu. W innych krajach np. w Wielkiej Brytanii, w przypadku podobnych kryzysowych akcji repatriacyjnych np. po bankructwie Thomasa Cooka czy Monarch, wszyscy przewoźnicy mogli brać w nich czynny udział. Gdyby Enter Air czy inne linie również zostali zaproszeni do akcji, to z całą pewnością można byłoby ją przeprowadzić szybciej, efektywniej i bezpieczniej. 

Pozorna kwarantanna 

Celem izolacji Polski było ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa, w praktyce jednak rezultat jest nie do końca taki jak zakładany. Ze względu, że LOT w pośpiechu organizuje specjalne rejsy, te mają liczne opóźnienia i często dochodzi do zmian godzin odlotów - skarżą się Czytelnicy. Jednocześnie jako, że polski przewoźnik jako jedyny organizuje te połączenia samoloty są pełne, przed w trakcie i po podróży.

Tym filmem podzielił się z nami czytelnik - przedstawia on kolejki na Lotnisku Chopina po lądowaniu kilku samolotów repatriacyjnych. Kilka tysięcy osób tłoczących się w ciasnej przestrzeni, które powinny trafić na kwarantannę, zamiast tego mają możliwość wzajemnego zakażania się. Według Czytelników wracających wczorajszym rejsem z Chicago, od opuszczeniu samolotu do odebrania bagaży minęły ponad 2 godziny. 


Tym z kolei zdjęciem podzielił się z nami inny Czytelnik - przedstawia ono porozrzucane walizki w strefie odbioru bagaży. Z relacji naszego rozmówcy wynika, że taśmy bagażowe nie były oznaczone, a wszystkie walizki znalazły się w jednym miejscu. Dodatkowo na przylotach nie było żadnych pracowników obsługi lotniskowej, pasażerowie byli zdani wyłączenie na siebie.
 

Można sytuację usprawiedliwiać, że powyższe problemy wynikają z pośpiechu i trudności organizacyjnych, jednak w przypadku tak poważnego projektu, takie błędy nie powinny mieć miejsca. Dodajmy, że gdy pasażerowie z lotów repatriacyjnych opuszczają lotnisko muszą  następnie przejść przez obowiązkową 14-dniową kwarantannę. Co w przypadku, gdy samolot ląduje w nocy, a osoby nie są z Warszawy, nie posiadają samochodu i następnego dnia muszą kontynuować podróż do miejsca docelowego. W tym przypadku muszą zarezerwować nocleg w hotelu, gdzie może dojść do kolejnych zakażeń, a następnego dnia podróżować środkami transportu publicznego. Taka kwarantanna jest ściśle mówiąc nieszczelna, a w idealnym scenariuszu, odpowiednie służby powinny zapewnić bezpieczny transport pasażerom, aż do samego domu. 

Na granicach korki pod Berlin

Gdy spojrzymy na szczelność kwarantanny i efekty zamknięcia polskiej granicy nie sposób pominąć fakt ogromnych korków na niemiecko-polskiej granicy. Osoby wjeżdżające do Polski stoją w ponad 80 kilometrowym korku na A4, który sięgał wczoraj prawie pod Drezno w Niemczech, a na A2 korek sięgał obwodnicy Berlina! Dodajmy do tego, że sytuacja cały czas jest poważna, ludziom brakuje wody i jedzenia. W związku z tymi okolicznościami, zaangażowaliśmy w pomoc tysiącom osób stojących na granicy. Uruchomiliśmy zbiórkę, która w krótkim czasie zebrała kwotę ponad 3 tys. zł, która została przeznaczone na wodę i podstawowy prowiant podróżnych. 

Przykłady powrotów z pokładów, lotnisk czy z autostrady pokazują, że decyzja o zamknięciu granic Polski i zawieszeniu ruchu międzynarodowego była, albo zbyt szybka, albo nie do końca przemyślana, albo jej realizacja przebiegła nie po myśli organizatorów. Nie tak powinien wyglądać powrót Polaków do kraju, w którym czeka ich kwarantanna, a sama podróż wygląda jak droga przez mękę, w dodatku jest ryzykowna pod kątem potencjalnego zakażenia się koronawirusem. Pandemia wciąż trwa, a organizatorzy akcji repatriacyjnych powinni przyjąć te uwagi i wprowadzić usprawnienia, które poprawią obecną sytuację.

fot. mat. prasowe, materiały od Czytelników



gość_3715d - Profil
gość_3715d
  

W tym temacie przeczytasz


Brak wiadomości

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!

Wylot z:

Przylot do:

  • Data wylotu:

  • Data powrotu:

Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie