×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Felieton: Niepotrzebne więzienie za bombowe żarty


Durne żarty o bombach na pokładzie czy lotnisku, często zresztą pijackie, to zmora współczesnego lotnictwa. Choć obsesja na punkcie bezpieczeństwa też jest przesadzona, to za takie "dowcipy" należy surowo karać. Jednak nie więzieniem.


Półtora roku bezwzględnego więzienia i łącznie 110 tys. zł nawiązki na rzecz lotniska i Ryanaira, którego loty zostały opóźnione - takie konsekwencje idiotycznego, pijackiego żartu poniesie Karol J., który zadzwonił na lotnisko w Modlinie z fałszywą informacją o bombie. To pierwsza tak surowa kara w polskim lotnictwie, choć już wcześniej trafiali się podobni żartownisie, zarówno na lotniskach, jak i w samolotach. 

Sąd postanowił przykładnie ukarać J., aby innym nie przychodziło do głowy żartować w podobny sposób. Dla takiego zachowania nie ma żadnego uzasadnienia - żart to mierny, a konsekwencje niezwykle poważne. Ewakuacja terminala czy przymusowe lądowanie samolotu po drodze to wymierne koszty związane z opóźnieniami, koniecznością zmiany rezerwacji pasażerów czy kosztami bezpośrednimi (np. dodatkowo spalonym paliwem czy przeszukaniem terminala). Do tego dochodzą jeszcze trudno mierzalne skutki pośrednie dla pasażerów i pracowników, wynikające m.in. ze stresu. 

I choć co do zasady surowość tej kary jest jak najbardziej uzasadniona, to jej dokładny wymiar - nie. 

Polski wymiar sądownictwa cierpi bowiem na nadgorliwość pod względem zamykania przestępców w więzieniach zamiast stosowania lepszych pod względem społecznym, ekonomicznym i przede wszystkim resocjalizującym kar. 

Do więzienia powinny bowiem trafiać osoby, które stanowią zagrożenie dla społeczeństwa i muszą być izolowane, aby nie mogły ponownie popełnić przestępstwa. "Żartownisie", którzy najczęściej po pijaku decydują się na idiotyczny dowcip o bombie, zdecydowanie tych kryteriów nie spełniają. 

Jaka jest bowiem szansa, że ktoś - nie będący osobą z zaburzeniami psychicznymi - kto raz będzie musiał zapłacić kilkadziesiąt lub nawet kilkaset tysięcy złotych, zdecyduje się ponownie na taki żart? Według mnie zerowa. 

Z drugiej strony można argumentować, że więzienie stanowi dodatkową karę, bo przecież nie zwalnia z obowiązku wypłaty nawiązki. Winny nie dość, że musi zapłacić, to jeszcze do tego ma kilka lat na przemyślenie swojego błędu za kratkami. 

Taki argument jest jednak naiwny i szkodliwy społecznie. Nie chodzi nawet o koszty utrzymania więźnia, choć te oczywiście też odgrywają pewną rolę. Ale zamykanie takiej osoby, w gruncie rzeczy raczej głupiej niż groźnej, to prosta droga do uczynienia z niej lub niego prawdziwego przestępcy. W więzieniu nie da się uniknąć kontaktu z prawdziwymi kryminalistami, a samo przetrwanie trzech lat za kratkami w polskich, brutalnych warunkach wymuszą naukę cwaniactwa i pogardę dla prawa. 

Do tego dochodzi jeszcze aspekt ekonomiczny. Osoba po półtorarocznym wyroku ma znacznie mniejsze szanse na szybki powrót do pracy zarobkowej i normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Trudniej jej będzie choćby zarobić pieniądze na zasądzoną nawiązkę. 

Co więc proponuję w zamian? Karać najsurowiej jak się da, ale z głową. 

Nawiązka to oczywiście absolutne minimum, bo linie ani lotniska nie mogą płacić za pijanych "żartownisiów". Ale sądy powinny też uwzględniać możliwości skazanych, a zwłaszcza - nie odbierać im możliwości zarobienia na tę nawiązkę. Czyli nie wykluczać ich z rynku pracy poprzez zamykanie ich w więzieniu.

Ale przede wszystkim chodzi o to, by winni takich bezmyślnych żartów zrozumieli konsekwencje swojego działania. Wielu z nich dzwoni z daleka, część mogła nigdy nie lecieć samolotem, a już na pewno nie mieli oni do czynienia ze skutkami takiego telefonu - ewakuacją, stresem, opóźnieniami i masą wściekłych do granic pasażerów. 

Niech więc sąd wyśle winnego fałszywego telefonu o bombie na lotnisko w okresie największego tłoku i trudnej pogody. Niech ta osoba, zamiast niczemu nie winnych pracowników portu lotniczego, agenta obsługi naziemnej czy linii lotniczej wyjaśnia pasażerom powody odwołania lub opóźnienia ich lotu. Niech weźmie na siebie gniew osób, które są niedobrowolnymi ofiarami overbookingu. Niech będzie zmuszona do pilnowania drzwi terminalu w trakcie ewakuacji po telefonie innego "żartownisia", gdy zirytowani pasażerowie chcą już jak najszybciej odlecieć. Sytuacji stresowych, gdy podróżni wyżywają swoje słuszne lub nie żale na pracownikach lotniska lub linii jest zresztą wiele.

Taka kara może trwać nawet dłużej niż więzienie i niemal na pewno dałaby winnemu lub winnej nawet lepszą lekcję (która i tak byłaby tylko dodatkiem do finansowego bólu związanego z koniecznością wypłaty nawiązki). 

Oczywiście, takie podejście też ma swoje wady. Nie każde problematyczne zadanie na lotnisku z zakresu obsługi klientów może wykonać osoba bez odpowiedniego treningu. Spółki całkiem słusznie mogą też nie chcieć narażać swojego wizerunku, wystawiając do kontaktu z pasażerami kogoś innego niż przeszkolonego pracownika. Jednak na pewno da się pokazać winnym takich "żartów" jak wyglądają niektóre z efektów ich telefonów. 


gość_43ad7 - Profil
gość_43ad7
  

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!

Wylot z:

Przylot do:

  • Data wylotu:

  • Data powrotu:

Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie