×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Felieton: Czy my lecimy low-costem?



Sprawna, błyskawiczna, niemalże „po łebkach” odprawa i kontrola bezpieczeństwa. Boarding? Prawie niezauważalny. Start samolotu – tak subtelny, że również prawie niezauważalny, bo gdyby nie sygnał dźwiękowy informujący o możliwości odpięcia pasów bezpieczeństwa – nie spostrzegłbym, że od pasa startowego oderwaliśmy się już kilka minut temu. Może to sprawa nowego samolotu – w służbie od kilku dni, a wcześniej wskazane pozytywy to efekt spóźnienia na odprawę (tak, spóźnienia!) i zmęczenia pełną przygód (opowieść na kolejny felieton) podróżą na lotnisko – przejechaliśmy ponad 500 kilometrów. A może po prostu wyolbrzymiam i koloryzuję. Mam prawo, i nikt nie musi podzielać mojego zdania. Ot, po prostu.

Serwis pokładowy?

Jestem pełen świadomości, że od tej chwili okrzyknięty zostanę bajkopisarzem. Ale o tym za chwilę. Cabin crew – przynajmniej we mnie zawsze – powtarzam – zawsze budził mieszane uczucia. Jednak nie na tyle, aby kiedykolwiek stewardessy i stewardów nie szanować, czy wręcz ubliżyć (co polskiemu pasażerowi zdarza się nader często) ciężko pracującej dla nas podniebnej obsłudze. Skąd zatem mój dotąd powszechny sceptycyzm? Ano stąd, że nie lubię sztuczności , i pozerstwa. Co się na to składa?

„Dzień dobry” i „Do widzenia” wypowiadane w sumie 360 razy z przyklejonym, niewzruszonym, niekorygowanym uśmiechem. I ponownie sztuczny, przyklejony, niewzruszony i niekorygowany uśmiech przez dwie godziny lotu – w każdej sytuacji. Szablonowe, wręcz żołnierskie, wedle instrukcji zachowania, formułki, regułki. Jednak nie pozostaje mi nic innego, jak uprzejmością – chyba jednak bardziej naturalną z mojej strony – odpowiadać. I być zadowolonym. I jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, abym po jakimkolwiek przelocie (obojętnie którą linią) powiedział: „z Wami to ja już sobie nie polatam…”.

Gdzie więc to bajkopisarstwo?

Gdy wspomniana sygnalizacja „zapiąć pasy” uwolniła nas nieco ze swoich knebli, rozpoczął się serwis pokładowy. DARMOWY serwis pokładowy. Zamówiłem herbatę. Jednak, gdy Pani Natasza umieściła woreczek herbacianych listków w kubeczku, moja kapryśność podpowiedziała mi, że należy skorygować zamówienie, i subtelnie się uśmiechając przeprosiłem, jednocześnie prosząc o podmianę. Zamówiłem kawę. I to pierwszy moment, kiedy mój sceptycyzm do obsługi pokładowej zaczął się rozsypywać jak domek z kart. Zostałem obdarzony pięknym, życzliwym, spontanicznym uśmiechem! To nie był foch, ani „burknięcie” pod nosem. To było to, czego mi zawsze brakowało. Gdy otrzymałem kawę, oraz jedną saszetkę cukru, i jedną śmietanki – Pani Natasza zapytała, czy życzę sobie dodatkowy cukier bądź śmietankę. Zawsze zamawiam podwójnie! Skąd Ona to wiedziała? „Domek sceptycyzmu” rozsypał się doszczętnie. Gdy fruwałem przewoźnikami postrzeganymi na Starym Kontynencie jako flagowe – na moją prośbę o dodatkowe wspomniane saszetki spotykałem się z „burknięciem” właśnie, że odechciewało mi się picia kawy w ogóle. Tutaj – totalny szacun. Ale… ale to nie koniec. Gdy dostałem, co chciałem, Pani Natasza zapytała mnie, czego życzę sobie do picia z zimnych napojów. Moje zdumienie nie pozwoliło wydobyć z siebie już niczego ponad przeczące kiwnięcie głową. Pożegnaliśmy się ciepłym uśmiechem. Innym, niż zwykle...

Serwis pokładowy kończy się z reguły przejazdem wózeczka, i sprzątaniem bałaganu, do jakiego się każdy z nas przyczynił. Gdy oddawałem kubek po herbatce, tym razem Pan Piotr zapytał, czy napiję się czegoś jeszcze. Komentarza brak. Lądowanie równie przyjemne jak start. Ja się nie znam, czy wpływ na to ma „nówka sprzęt”, czy nie. Było przyjemnie, jak nigdy dotąd, i tyle.

Zaciekawieni, jak będzie w drodze do domu

Wracaliśmy po kilku dniach. W bardzo dobrych nastrojach, choć chyba jeszcze bardziej zmęczeni, niż parę dni wcześniej. A zmęczenie potęgowało opóźnienie wylotu, wynoszące raptem dwie godziny. Żartowaliśmy, że albo zostaniemy dwa dni dłużej (tyle trzeba by czekać na kolejny lot do domu), albo dostaniemy zwrot kasy na konto, i wrócimy na szynach. To rozbawiało nas najbardziej – a dlaczego, o tym na końcu. Nasz humor w ogóle nie pasuje do statystycznego pasażera lotniczego. Budziliśmy… co najmniej zdziwienie u reszty gawiedzi. Mają prawo się dziwić, mają prawo kręcić nosem. Wreszcie odlecieliśmy. Sytuacja się powtórzyła – pełne spontaniczności osoby z cabin crew, idealny i obfity serwis pokładowy, uśmiechy, żarty i bynajmniej nieszablonowe zachowania. Nawet wówczas, gdy moja przyjaciółka oblała się kawą, steward ze stertą papierowych ręczników pojawił się znikąd – obracając całą sytuacje niemalże w kabaret, poprawiając oblanej Marice humor. Także wówczas, gdy Jakub z Krzysztofem podczas sprzątania oddawali „przemyconą”(zaznaczmy, że bardzo małą), już pustą butelkę po „Szkockiej Wyborowej” dowiedzieli się od Pani Anny, że są „very, very, very bad passengers”. Pani Anna wymownie się uśmiechając, mrugnęła tylko oczkiem.

Czy to był "incydentalny przypadek"?

Ta podróż udowodniła, że można być innym pracując jako cabin crew. Że można być naturalnym, spontanicznym, wesołym, i zwyczajnie życzliwym – według własnego wewnętrznego kodeksu, a nie tego z instrukcji, niemalże pokładowej. Pytanie – czy to objaw innej tożsamości narodowej? Czy tego, że zaczynają dopiero co swoją przygodę z lotnictwem? Czy będą tacy nieszablonowi zawsze, czy tylko przez pierwsze tygodnie, miesiące?

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło – że o co mi chodzi? Przecież zachowania, jakie tutaj opisuję są standardowymi, niczym się nie wyróżniającymi. Owszem, ale nie w low costach. Nie w Wizz Air. I nie w przelocie za 43zł w dwie strony total price. Stąd nasz ubaw w oczekiwaniu na spóźniony samolot – tam, czyli do Kijowa za przelot zapłaciliśmy 39zł, a za powrót: 4 zł. A gdyby lot się nie odbył, tyle zostałoby nam zwrócone. Tylko się śmiać. Opóźnienie spowodowane było spóźnialstwem ukraińskich turystów z Egiptu – okazuje się, że Wizz działa tam również jako linia charterowa – i my, zamiast klnąć jak każdy statystyczny pasażer taniej linii im gorąco kibicujemy – nawet niech się spóźniają, choćby przez chartery – jeśli to ma im tylko pomóc w umocnieniu swojej pozycji u naszych wschodnich Przyjaciół, i rozkochać Ukraińców w lataniu.

Znawcy tematu zaznaczą, że to nie Wizz Air, a Wizz Air Ukraina. To prawda. Stąd ta inność. Na Ukrainie obowiązuje przepis obligujący przewoźnika do zapewnienia napojów na swoich pokładach. Rozdawanie ich za darmo opłaca się linii bardziej, aniżeli ich sprzedaż – gdyż ta podniebna obwarowana jest horrendalnymi podatkami, i dziwnymi zasadami – jak widać – gra nie warta świeczki.

Może wyolbrzymiam, może koloryzuje. Jednak leciało nas kilkanaścioro, jako zgrana paczka znajomych, i każdy potwierdzał moje spostrzeżenia. No może poza jednym osobnikiem. Krzyś z racji swojej pracy lata bardzo dużo po świecie tradycyjnymi przewoźnikami – również w klasie biznes – i nigdy nie miał „przyjemności” korzystać z taniego przewoźnika – to był jego pierwszy raz. Nie komentował, za to dziwił się naszemu zdziwieniu, gdyż dla niego tu nie było nic nadzwyczajnego. Teraz boję się zabrać go na kolejną wycieczkę, być może w innym kierunku, innym przewoźnikiem…

Trzymajmy kciuki

Zaznaczam, że Wizz to wcale nie jest mój ulubieniec – wyprzedzam złośliwe komentarze. Choć jakby nie patrzeć paleta, z jakiej możemy wybierać bardzo się nam zawęża (jeśli chodzi o przewoźników operujących z „polskiego nieba”), a Wizz po raz piąty został wybrany Najlepszą Tanią Linią Lotniczą to nawet, jeśli mi tu ktoś coś zarzuci, mam się czym bronić. Dotychczas każdy z moich lotów opisywanym przewoźnikiem był nijaki, ”bezpłciowy”, ale był skuteczny – a to najważniejsze. Nie robię draki, gdy się ktoś z obsługi pokładowej do mnie nie uśmiechnie – wolę naturalnie zły humor (każdemu się zdarza), niż przyklejony uśmiech. Teraz, po raz pierwszy byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Nie zaklinajmy rzeczywistości – kto nie wierzy, niech sprawdzi. Loty na Ukrainę są wciąż bardzo tanie, i w naszym (maniaków latania) interesie jest takie połączenia promować. W każdy sposób. Gdy któryś z konkurentów Wizz’a odważy się konkurować w podobnych destynacjach, z ręką na sercu obiecuję, że będę pierwszy, który to sprawdzi, i będzie się starał wyciągnąć z tego wszystko, co dobre. I nie omieszkam o tym napisać. Za kilka dni mój kolejny lot z Wizz Airem. W przeciwnym kierunku, niż ten opisany. I w duchu sobie myślę, że jak nic na nich nie znajdę, o czym mógłbym wspomnieć – już po mnie ;)




gość_26f58 - Profil
gość_26f58
  

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!

Wylot z:

Przylot do:

  • Data wylotu:

  • Data powrotu:

Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie