Bliżej Świata: Arktyczny Spitsbergen

Dominik Sipiński - Profil Dominik Sipiński
28 sierpnia 2016 18:43
5 komentarzy
Zwykły turysta bliżej bieguna północnego się nie dostanie - a to tylko jeden z powodów, by polecieć na archipelag Svalbard. Czasu na zwiedzanie latem jest dużo, bo tak daleko na północ od koła podbiegunowego słońce nie zachodzi od 19 kwietnia do 23 września.
Reklama

- Mówili mi, że to daleko na północ od Norwegii, gdy aplikowałam tu o pracę. Ale myślałam, że to znaczy gdzieś koło Lofotów, skąd da się w parę godzin promem dopłynąć do stałego lądu - powiedziała mi Camille, francuska barmanka w jednym z kilku svalbardzkich barów.


Otóż Camille nie miała racji, podobny błąd popełnia wiele osób. Stolica Svalbardu, administrowanego przez Norwegię, leży ok. 900 km na północ od skraju kontynentu, mniej więcej w połowie drogi od skraju stałego lądu do bieguna północnego. Leży daleko za kołem podbiegunowym, w miejscu, gdzie niedźwiedzi polarnych jest więcej niż ludzi i gdzie Związek Radziecki wciąż istnieje.
Svalbard to nietypowy kierunek na wakacje - jest oddalony, zimny i bardzo, bardzo drogi. Co prawda da się tam dolecieć względnie tanio, ale ceny na miejscu powalają. Mimo to miłośnicy dzikiej natury zakochają się w tym miejscu - Svalbard ma bardzo surowe przepisy dotyczące ochrony przyrody i nie idzie to na marne.


Archipelag Svalbard odkryli w XVI w. wielorybnicy, początkowo głównie angielscy i holenderscy. Potem swoje bazy zaczęli tam budować Norwegowie, a na początku XX w. rozpoczął się boom na wydobycie węgla - na największej wyspie archipelagu, Spitsbergenie, kopali m.in. Amerykanie, Kanadyjczycy i Norwegowie. Dopiero w 1920 r. uregulowano status wysp. Od tego czasu zarządza nimi Norwegia, ale wszystkie strony traktatu mogą bez przeszkód pozyskiwać surowce (węgiel, ryby i być może ropę) na tym terytorium.


Od początku z tego prawa korzystały dwa kraje - Norwegia i Związek Radziecki. Korzyści ekonomiczne mieszały się z interesami geopolitycznymi, choć na mocy traktatu Svalbard jest zdemilitaryzowany. Ta mieszanka górniczej przeszłości, bliskich związków z Rosją, nietkniętej natury i dziwnego prawa, m.in. zakazującego transferu wpływów z podatków na stały ląd (przez co na Svalbardzie nie ma podatku VAT), do dziś określa charakter wysp.

Lądowanie wśród lodowców

Na Svalbardzie jest tylko jedno lotnisko połączone z kontynentem, co zresztą logiczne, bo miasto z prawdziwego zdarzenia jest też tylko jedno. Do portu lotniczego w Longyearbyen (nazwa znaczy "miasto Longyeara" i pochodzi od amerykańskiego magnata węglowego, który założył je na początku XX w.) najłatwiej dolecieć wprost z Oslo liniami Norwegian lub SAS. W sezonie letnim w ofercie są nawet trzy loty dziennie, SAS łączy także archipelag z Tromso. Na wyspę miał też latać Finnair, ale linia nie doszła ostatecznie do porozumienia z przedstawicielami Rosji co do zezwoleń.

Już w trakcie podejścia do lądowania można podziwiać dziewicze i surowe piękno wyspy Spitsbergen. Ok. 65 proc. lądowej powierzchni archipelagu jest chronione w formie parków narodowych (do których można pod surowymi obostrzeniami wejść) lub rezerwatów (gdzie w ogóle nie wolno przebywać). Samoloty z Oslo przelatują najpierw wzdłuż południowego skraju Spitsbergenu (park Sør-Spitsbergen), a potem nad wodami Isfjorden między kolejnymi trzema parkami narodowymi. Pokryte przez cały rok śniegiem strome szczyty, kilkunastokilometrowe lodowce i krystalicznie czyste fiordy - to pierwsze spotkanie ze Spitsbergenem.


Na lotnisku pasażerów witają napisy po norwesku, angielsku i rosyjsku - te ostatnie wynikają z tego, że Rosja wciąż utrzymuje na Spitsbergenie jedną działającą osadę górniczą Barentsburg oraz jako miasto-muzeum opuszczoną drugą - Piramidę.


Na parkingu przed terminalem znajduje się jeden z najsłynniejszych symboli Svalbardu - znak drogowy ostrzegający przed niedźwiedziami polarnymi, gjelder hele Svalbard ("dotyczy całego Svalbardu"). Tych groźnych drapieżników żyje w całym basenie Morza Barentsa ok. 3,6 tys., czyli więcej niż ludzi. Z tej liczby ok. tysiąc niedźwiedzi przebywa na stałe na Svalbardzie. Co prawda najedzone niedźwiedzie polarne nie atakują ludzi, ale mimo to miejscowe prawo nakazuje posiadanie z sobą załadowanego sztucera poza obrębem miasta Longyearbyen.

Mniej rzucające się w oczy, ale równie charakterystyczne dla Longyearbyen jest to, że wszystkie samochody na lotniskowym parkingu mają kluczyki w stacyjce, nawet jeśli właściciel poleciał na tydzień do Oslo. Aut się tu nie kradnie, bo i co potem z nimi zrobić - choć ponoć zdarzają się sytuacje, że ktoś pożyczy pojazd, by podjechać do sklepu i potem odstawi go z powrotem.

Longyearbyen - stolica pod wagonikami z węglem

Jedyne prawdziwe miasto na Svalbardzie to malutka osada, w której mieszka niecałe 2,5 tys. osób. Rozciąga się wzdłuż doliny Longyear nad Adventfjorden i jest najbardziej na północ wysuniętym miastem ze stałą populacją ponad tysiąca osób na świecie.


Jeszcze do lat 90. XX w. Longyearbyen było miastem górniczym - w osadzie i bezpośrednio wokół niej działało aż siedem kopalni węgla. Obecnie czynna jest tylko jedna, ale w krajobrazie miasta i świadomości mieszkańców wydobycie węgla wciąż odgrywa dużą rolę.


Nad miastem góruje struktura przypominająca kwaterę czarnego charakteru z filmu o Jamesie Bondzie - to centrala kolejki węglowej. Wydobyty węgiel był transportowany z kopalni do miasta za pomocą systemu podwieszanych gondoli przypominających prymitywny wyciąg narciarski. W centrali, położonej tuż nad elektrownią (to jedyna w Norwegii elektrownia na węgiel) i obok portu, urobek był sortowany. Wagoniki nie wożą węgla od 1987 r., ale drewniane kratownice wspierające sieć i sama centrala zostały zachowane. Na krótkim fragmencie w stronę lotniska wciąż wiszą wagoniki.


Obok centrali węglowej mieści się dzielnica urzędowa - kilka budynków na krzyż, a wśród nich siedziba i dom gubernator Svalbardu.

Paręnaście metrów dalej stoi kościół - jest otwarty przez 24 godziny na dobę i teoretycznie protestancki, a w praktyce służy mieszkańcom wyspy niezależnie od wyznania. A na wyspie są wierni wielu religii, bo z uwagi na brak ograniczeń migracyjnych (na Svalbard może przyjechać każdy, kto jest w stanie się tu utrzymać, bo nie ma zasiłków) w Longyearbyen żyją przedstawiciele kilkudziesięciu nacji.


Przy kościele uwagę zwracają stare drewniane schodki - to pozostałość starego szpitala (nowy jest w centrum miasta). Miejsce o tyle ważne dla mieszkańców, że to tu 8 marca, po czteromiesięcznej nocy polarnej, po raz pierwszy padają promienie słońce. O ile akurat, co zdarza się rzadko, niebo nie jest zachmurzone. Ale i tak 8 marca na starych schodach jest pełno wyczekujących niecierpliwie dzieci.


Centrum Longyearbyen położone jest na samym dnie doliny. Przy deptaku znajdują się główne obiekty handlowe - supermarket Svalbardbutikken, bank i poczta, ale też kawiarnie (m.in. Fruene), restauracje (warta polecenia Kroa) i bary (KB i Svalbar). A na środku ulicy - pomnik górnika.


Od strony fiordu deptak kończy się przy luksusowym hotelu Radisson Blu, a kawałek dalej w stronę morza znajduje się kampus uniwersytetu UNIC. Ośrodek specjalizuje się w badaniach polarnych i jest coraz ważniejszą częścią gospodarki wyspy.

- Svalbard był kolonizowany trzy razy: przez wielorybników, przez górników, a teraz przez naukowców - określił to Michael, jeden z przewodników na wyspie.

W budynku UNIC znajduje się też bardzo ciekawe i nowoczesne muzeum Svalbardu. To najlepsze miejsce na zakup pamiątek.

Symbolem Longyearbyen są kolorowe domki położone przy ulicy 230, kilka kroków od centrum miasta. (To dobry moment by dodać, że poza główną ulicą nazwaną imieniem magnata Hilmara Rekstena, pozostałe ulice w stolicy Svalbardu mają tylko numery.) Lawina w grudniu 2015 r. zrównała z ziemią 10 wiekowych drewnianych chatek.


W sezonie letnim, gdy śnieg w dolinie topnieje, między bliźniaczo podobnymi do siebie drewnianymi domami stoją zaparkowane dziesiątki skuterów śnieżnych. Jest ich na wyspie więcej niż samochodów, ale latem są bezużyteczne - sami mieszkańcy Svalbardu mówią o nich "nasze krasnale ogrodowe".


W Longyearbyen warto przejść się też na drugi skraj osady, do Nybyen ("nowego miasta"). To część położona wyżej w dolinie, oddalona o ok. 15 minut marszu od centrum - została zbudowana dla górników pracujących w pobliżu, ale dziś mieszkają tam głównie studenci UNIC. W Nybyen znajduje się też ciekawa, choć nieduża Galeria Svalbard.

Wokół Longyearbyen

Stolica Svalbardu to przytulne miasto, ale w ciągu doby można doskonale je poznać (dosłownie - tyle czasu wystarczy na przejście każdą ulicą). Na szczęście wokół Longyearbyen też jest co robić, a najciekawsze są wędrówki po górach. Szczególnie popularna jest kilkugodzinna wędrówka na szczyt Sukkertoppen. Koniecznie należy skorzystać z pomocy przewodnika - to nie tylko kwestia tego, że choć niewysokie, to góry Svalbardu są bardzo niebezpieczne, ale przede wszystkim zagrożenia ze strony niedźwiedzi polarnych.

Z kolei udając się wzdłuż linii wagoników z węglem na północny-zachód od miasta, w stronę lotniska, w ciągu kilkudziesięciu minut można dotrzeć do najbezpieczniejszego miejsca na Svalbardzie, a może i na świecie. W 2008 r. uruchomiony został Globalny Bank Nasion - w praktyce wykopana w wiecznej zmarzlinie zamrażarka do nasion, za którą płaci rząd Norwegii i organizacje dobroczynne.

Wszystkie kraje świata za darmo mogą tu przechowywać nasiona najważniejszych roślin jadalnych, dzięki czemu w przypadku np. katastrofy nuklearnej będzie je można odrodzić. W 2015 r. po raz pierwszy wykorzystano nasiona z Banku do odtworzenia pól w Syrii.

Jak na miejsce, które ma uratować ludzkość, Globalny Bank Nasion jest okrutnie nieimponujący i niepilnowany - nie ma problemu, by przy betonowym wejściu zrobić sobie piknik z gorącym sokiem z żurawiny.

Po drodze do Banku warto zatrzymać się na zboczu góry Blomsterdalshogda i zwrócić uwagę na panoramę Isfjorden w niezachodzącym letnim słońcu.


Kilkaset metrów dalej i wyżej znajduje się Stacja Satelit Svalbard, jedna z większych na świecie naziemnych baz satelit, wykorzystywana jedynie do celów niewojskowych. Dotarcie na ten płaskowyż to dość wymagająca wędrówka.

Ostatki Związku Radzieckiego

Na Svalbardzie poza Norwegią wciąż aktywna jest Rosja - w osadzie Barentsburg ok. 55 km od Longyearbyen mieszka niecałe 500 osób zatrudnionych przy wydobyciu węgla. Turyści mogą tam dopłynąć w ciągu ok. trzech godzin z Longyearbyen (zimą można też przedostać się skuterem śnieżnym), ale dużo ciekawsza jest wycieczka do położonej nieco dalej na północ Piramidy.


Miasto zostało założone w 1910 r. przez Szwedów, a w 1927 r. sprzedane Związkowi Radzieckiemu. Do 1998 r. sowieci wydobywali tam węgiel - bardziej ze względów politycznych niż ekonomicznych, bo utrzymanie bazy na Spitsbergenie było bardzo drogie, a zatrudnieni tam górnicy mieli bardzo wysokie jak na ówczesne warunki płace. W 1998 r. przynoszącą gigantyczne straty Piramidę ewakuowano, ale teren nadal należy do rosyjskiego państwowego konglomeratu Trust Arktikugol.


Od 2007 r. rosyjska firma postawiła na turystykę - Piramida to nadal miasto-widmo, ale latem mieszka tam kilka osób, które utrzymują m.in. hotel i nabrzeże. Wśród nich jest barwny przewodnik Sasza - Rosjanin z Sankt Petersburga, który wyjechał do Piramidy kilka lat temu i wraca co roku. Mieszkańcy Piramidy nie mają zasięgu telefonii komórkowej, internetu ani stałych dostaw towarów.


W Piramidzie łatwo odnieść wrażenie, że jeszcze kilka dni temu był tu Związek Radziecki. Surowy i suchy klimat powoduje, że budynki nie niszczeją. A nad centrum opuszczonej osady góruje popiersie Lenina, najbardziej na północ położony jego pomnik na świecie.


Turyści oprowadzani przez ubranego pod konwencję w rosyjski futrzany płaszcz Saszę trafiają też do hotelu (wódka Russkij Standard i papierosy Zwiezda dostępne), mogą kupić pocztówkę ze znaczkiem (wysyłane i tak z Longyearbyen) i przejść się po opuszczonym domu kultury i sportu.


Jednodniowa wycieczka do Piramidy wysłużonym, ponad 60-letnim stateczkiem "Langoysund" to też okazja, by zobaczyć dziewicze wybrzeża Spitsbergenu. Przewodnik Stein cały czas raczy turystów opowieściami (których wiarygodność należy podzielić przez dwa, ale i tak słucha się ich dobrze), a stałym punktem jest postój w zatoce przy lodowcu Nordenskiolda.

Stein opowiada o lodzie

Turystom serwuje się wtedy stek z wieloryba i whisky z lodem z lodowca, co brzmi kiczowato i tandetnie, ale jest miłym przeżyciem i podsumowaniem pobytu na Svalbardzie.


Przeciętny turysta na archipelagu może spędzić trzy-cztery dni - tyle wystarczy, by zwiedzić Longyearbyen, dotrzeć do Piramidy i odbyć krótką wędrówkę po górach. Miłośnicy dzikiej natury archipelagiem nigdy się nie nasycą - oferuje on niemal nieskończone możliwości trudnych, wielodniowych, niemal polarnych wypraw zarówno w nieustanny letni dzień, jak i nocą polarną.

Informacje praktyczne


Kraj: terytorium administrowane i pod ograniczoną władzą Norwegii

Język: formalnie norweski i rosyjski, w praktyce angielski do powszechnej komunikacji. Duże mniejszości tajska i polska.

Waluta: korona norweska. 1 NOK = 0,46 PLN. Bankomaty i płatności kartami w Longyearbyen i na lotnisku.

Zakwaterowanie: w Longyearbyen hotele Spitsbergen i Svalbard (średnia półka, ok. 900 zł za noc), Radisson Blu Polar (luksusowy), schronisko młodzieżowe Coal Miners' Cabins (od ok. 500 zł za noc). Hotel Tulpan w Piramidzie.

Restauracje: świetna restauracja Kroa w Longyearbyen, lunche i mniejsze kolacje w Svalbar, w centrum Longyearbyen także restauracja tajska i bary hotelowe. Najtańszy pełen posiłek (np. burger z napojem w Svalbar) kosztuje równowartość 120-140 zł.

Zwiedzanie: w samym Longyearbyen warto odwiedzić muzeum Svalbardu (bilet: ok. 40 zł) i Galerię Svalbard. Rejs do Piramidy kosztuje ok. 900 zł (biuro Henningsen Transport), a kilkugodzinne wycieczki wokół Longyearbyen - od ok. 300 zł (biuro Svalbard Wildlife Expeditions).

Zwyczaje: warto wziąć grube skarpetki lub kapcie - w Longyearbyen obuwie zewnętrzne zostawia się przy wejściu. Od papierosów Svalbardczycy wolą snus - specjalnie przygotowany tytoń wkładany pod wargę, w Longyearbyen znacznie tańszy niż w Norwegii kontynentalnej. Ulubiona przekąska to gofry z norweskim słodkim brązowym serem i dżemem.

zdjęcie zrobione o 3 w nocy

fot. Dominik Sipinski
mapa i grafika Dominik Sipinski
materiał powstał we współpracy z Visit Svalbard i lokalnymi biurami podróży
Reklama

Ostatnie komentarze

 - Profil gość
gość_03f27 2016-08-30 14:39   
gość_03f27 - Profil gość_03f27
gość_4a0ec: Mozna wypozyczyc bron, ale trzeba nia sie potrafic umiejetnie poslugiwac. Ataki niedzwiedzi zdarzaja sie od czasu do czasu (pare lat temu zostal zaatakowany przez niedzwiedzia oboz uczniow z Anglii, ktorzy spali w namiotach - jeden z nich zginal, czesc zostala powaznie ranna (utrata oka, zmasakrowana twarz i podobne sprawy). W lecie w poblizu miasta niedzwiedzi raczej nie ma, ale jest ich wiecej w zimie. Niedzwiedzie nie znaja znakow drogowych, wiec zwlaszcza zima nie powinno sie chodzic na piechote trasa z lotniska do miasta.
domos 2016-08-29 19:13   
domos - Profil domos
Nie wiem, czy można wypożyczyć broń, ale wątpię, bo to też kwestia szkolenia (zastrzelenie niedźwiedzia jest karalne i to bardzo surowo poza sytuacjami absolutnej konieczności i to strzelający musi udowodnić). W pobliżu miasta prawdopodobieństwo spotkania niedźwiedzia jest niemal zerowe, ale chyba można za brak broni dostać mandat.
gość_4a0ec 2016-08-29 11:20   
gość_4a0ec - Profil gość_4a0ec
Mam pytanie odnosnie wycieczki poza miasto. Pieszesz ze spacer po okolicznych gorach kosztuje 300 zl za osobe z przewodnikiem. Czy mozna po prostu wypozyczyc bron (majac w Polsce zalatwione zaswiadczenie o niekaralnosci) i wybrac sie w taka sama podroz bez przewodnika?
 - Profil gość
Kup bilet Więcej
Rezerwuj loty
dorośli
(od 18 lat)
młodzież
(12 - 18 lat)
dzieci
(2 - 12 lat)
niemowlęta
(do 2 lat)
Wypożycz samochód
Rezerwuj hotel
Wizy
Okazje z lotniska
Okazje pasażera
Reklama