Meridiana: Lot Mediolan - Katania - Mediolan

04/07/2015 01:11
To już mój drugi lot tymi liniami na tej trasie. Tak właściwie to nie musiała być Meridiana, bo pomiędzy Mediolanem a Katanią na Sycylii latają chyba wszystkie obecne we Włoszech linie lotnicze, ale z uwagi na to, że decyzja o wylocie zapadła zaledwie z dwudniowym wyprzedzeniem, opcja "ekonomiczna" nie wchodziła w grę - wystarczy napisać, że za lot tam i z powrotem lowcostowy Ryanair życzył sobie ponad 350EUR - bez bagażu oczywiście. Pewnie po to, żeby móc w Polsce oferować loty po 9zł ;)

Wybór tańszej - o dziwo - Meridiany oznaczał wylot z lotniska Linate (a nie Orio al Serio - jak w przypadku Ryanaira), ale w moim przypadku różnica w czasie dojazdu jest minimalna. Do tego - Linate jest mniej stresujące, bo około założonej godziny wylotu (tj. pomiędzy 6.30 a 7 rano) z Orio startuje kilkanaście lowcostowych /czyli wypełnionych po brzegi/ samolotów, a część pasażerów za punkt honoru uznaje jak najpóźniejsze pojawienie się pod bramką. Jak to przekłada się na atmosferę podczas oczekiwania na kontrolę bezpieczeństwa każdy może sobie wyobrazić :) Linate pod tym względem jest o wiele spokojniejsze, mimo statystycznie podobnego rocznego ruchu pasażerskiego, zbliżonego zresztą również do Okęcia.

Ok, bilet kupiony, opcja bagażu w cenie niestety pozostała niewykorzystana (bo pobyt niespełna dwudniowy), pozostaje wybór miejsca na pokładzie (również w cenie biletu) i wydruk karty pokładowej. Oczywiście nieobowiązkowy, bo odprawa na lotnisku jest bezpłatna, ale z uwagi na wczesną godzinę wylotu każda minuta porannego snu jest na wagę złota. Przy okazji dowiaduję się, że polecę leciwym MD-82, których Meridiana - jako firma z ponad 50-letnią historią - ma we flocie pod dostatkiem. No cóż, zawsze to jakaś odmiana po Boeingach 737 i Airbusach A320, którymi najczęściej latam... Do tego umieszczone z tyłu kadłuba silniki sugerują nieco niższy poziom hałasu podczas lotu, a układ siedzeń 2+3 obiecuje również więcej miejsca na bagaże - czyli żadnego odsyłania bagażu kabinowego do luku nie będzie, w odróżnieniu od nagminnych praktyk EasyJeta czy Ryanaira.
Dzień wylotu! Wyjazd z domu o nieludzkiej porze, padający deszcz, strajk nawigacji w telefonie, który zmusza mnie do skorzystania z nieco dłuższej, ale znanej już drogi na lotnisko, roboty drogowe na Obwodnicy Wschodniej (czyli zwężenie drogi z 3 do 1 pasa ruchu), zatem dodatkowa strata czasu, ale w końcu dojeżdżam na czas na parking w pobliżu lotniska. W sumie można też zostawić auto na parkingu lotniskowym, ale koszt 50EUR za 2 dni parkowania wydawał mi się zbyt wygórowany, mimo, że to wyjazd służbowy. Ok, teraz busik dowożący mnie i jeszcze jednego pasażera na lotnisko i oto jestem w terminalu.

Lotnisko Linate to historycznie pierwsze duże lotnisko Mediolanu, zatem i architektonicznie, i funkcjonalnie terminal nie powala, ale przynajmniej przyloty i odloty rozłożone są na 2 piętrach, a do tego sama powierzchnia terminalu jest większa niż we wspomnianym wcześniej Orio - stąd i sprawie wrażenie mniej zatłoczonego. Nie jest to mój pierwszy raz na tym lotnisku, więc z wydrukowaną kartą pokładową w ręku udaję się wprost, bez zbędnego błądzenia, do kontroli bezpieczeństwa. Stanowisk kontroli jest tyle, że finalnie do każdego czekają w kolejce po 3-4 osoby, a sama kontrola jest raczej formalnością. Wiadomo - Włosi, a do tego to lot krajowy ;)
Pozostaje spacer do docelowej bramki. Jak to zwykle bywa na większych lotniskach, przewoźnicy bazujący tam samoloty mają wydzielone zarówno stanowiska odpraw, jak i bramki - zatem i Meridiana ma własną strefę udekorowaną swoimi firmowymi kolorami i znaczkami. Czasu do boardingu zostało jeszcze trochę, zatem ustawiam się w kolejce do bufetu celem nabycia świeżego rogalika - bo mając w pamięci poprzedni lot z Meridianą - obawiam się, że na pokładzie nic do jedzenia nie dadzą. Większość współpasażerów wychodzi z tego samego założenia, więc ruch przy ladzie jest spory - a większość zamówień to klasyczne włoskie śniadanie - czyli właśnie rogalik + espresso.

Ok, zapowiedziano wpuszczanie na pokład, zatem jednoosobowa obsługa zachęca do przygotowania kart pokładowych i dokumentów. Procedura idzie dość niemrawo, a przedstawicielka przewoźnika zdaje się nie przejmować faktem, że perspektywa wylotu o czasie wydaje się coraz bardziej odległa. Z uwagi na to, że dzieje się to już po raz kolejny, zaczynam myśleć, że Meridiana tak ma :) Po ostatecznej kontroli czekamy stłoczeni na otwarcie drzwi, za którymi - jak się okazuje - oczywiście nie ma samolotu tylko korytarz prowadzący na zewnątrz terminalu, gdzie czeka na nas lotniskowy autobus. Jazda trwa tylko chwilę i w końcu wchodzimy do samolotu. Zgodnie z przewidywaniami miejsca na bagaż jest w bród, przestrzeń na nogi większa niż w lowcostowych super płatnych opcjach, a do tego można również odchylić oparcie fotela do tyłu. Silników faktycznie prawie nie słychać, za to wyraźnie brzęczy w pobliżu jakiś agregat od klimatyzacji i przez całą podróż nie uspokoi się nawet na chwilę. Niby drażniące, ale w sumie samolot ma już swoje lata i ważne, że lata ;)
Kolejka samolotów oczekujących na start - Mediolan Linate

W czasie gdy maszyna powoli toczy się w kierunku pasa startowego i co chwilę przyhamowuje pilnując swojego miejsca w kolejce innych oczekujących na start, załoga (niestety bez żeńskich akcentów) sprawnie przedstawia pasażerom zasady bezpieczeństwa. Po kilku minutach wtaczamy się na pas startowy i nasz lot wreszcie się zaczyna.
Początkowy, północny kierunek podczas wznoszenia oddala nas od celu podróży, ale po kilku minutach pilot (albo autopilot) rozpoczyna mozolny manewr zwrotu o 180°. Trasa wiedzie mniej więcej wzdłuż zachodniego wybrzeża Włoch, z przelotem nad Korsyką i Sardynią, na początku zresztą mało co widać, bo dzień jest dosyć pochmurny, ale na południe od Pizy widoczność jest już doskonała. W duchu gratuluję sobie wyboru miejsca przy oknie po prawej stronie samolotu, bo słońce po przeciwnej stronie samolotu daje się mocno we znaki i siedzący z tamtej stronie pasażerowie opuszczają niemal natychmiast zasłonki na oknach.
Gdzieś nad Mediolanem pomiędzy chmurami

Po osiągnięciu wysokości przelotowej załoga rozpoczyna serwis pokładowy, albo raczej jego namiastkę w postaci napojów w kubeczkach - do wyboru woda, coca-cola albo sok z czerwonych pomarańczy. I to tyle, bo nic innego, nawet płatnego, nie ma. Cóż, lowcosty są zdecydowanie bardziej zorientowane na wygodę pasażera... No nic, pozostaje się cieszyć wygodą i dobrymi warunkami meteo, dzięki którym nie odczuwa się żadnych turbulencji.

Jak się okazuje, pilot nie miał zamiaru redukować opóźnienia, bo zniżanie do lądowania rozpoczęło się dokładnie z takim samym poślizgiem czasowym co wylot - zatem w myślach nastawiam się już na ponad godzinne czekanie na kolejny kurs autokaru, którym mam dotrzeć z lotniska w Katanii do rzeczywistego podróży.

Podejście do lądowania jest klasyczne, tj. od strony lądowej (w sumie zdarzyło mi się tylko raz lądować od strony morza), zatem pasażerowie po lewej stronie samolotu mają okazję podziwiać wierzchołek Etny, odległej od lotniska raptem o około 20km, ja zadowalam się wspomnieniami tego pięknego widoku. Dołączone do relacji zdjęcie pochodzi z innego lotu z poprzedniego miesiąca, ale podejrzewam, że wulkan wyglądał tak samo, więc chyba nie ma problemu ;)

Widok na Etnę podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku Katania Fontanarossa

W końcu w miarę miękko lądujemy i po wyhamowaniu dotaczamy się do terminalu. Załoga dziękuje za wspólny lot, a pasażerowie tradycyjnie stłoczeni w przejściu czekają na możliwość opuszczenia kabiny, co następuje po długich minutach oczekiwania, gdyż w Katanii Meridiana korzysta z rękawów. Tak naprawdę, mimo nieco dłuższego oczekiwania na podpięcie rękawa niż na podstawienie schodów, czasowo jest to i tak z korzyścią dla pasażerów, bo wchodzi się od razu do terminalu, z pominięciem etapu autobusowego. Ok, jako, że nie muszę czekać na bagaż nadawany, udaję się od razu do wyjścia i udaje mi się zdążyć na zaplanowany kurs autobusu - a nawet, po uprzednim zakupieniu biletu, mam czas wrócić do budynku terminalu żeby napić się kawy! Na lotnisku Katania Fontanarossa pojawiam się ponownie kolejnego dnia pod wieczór. Mam wystarczająco dużo czasu, aby w sklepiku zakupić wyborne cannoli siciliani i inne słodkości do zabrania do domu, a w dodatku pozwolić sobie na zimny deser - a co mi tam :) Potem udaję się na górne piętro, gdzie znajduje się hala odlotów. I tym razem nie muszę odprawiać się na lotnisku, zatem udaję się bezpośrednio do kontroli bezpieczeństwa - krętą drogą wytyczoną przez solidne metalowe poręcze. We Włoszech nic innego nie zadziała, bo w kolejkach ustawiają się samoistnie wyłącznie obcokrajowcy, a tubylcy usiłują zawsze podejść jak najbliżej do celu wszyscy razem, więc formowanie kolejki musi odbywać się fizycznymi przeszkodami, a nie zachętami werbalnymi ;)

Podczas kontroli bezpieczeństwa mam okazję obserwować jak niektórzy usiłują udawać, że nie dotyczą ich wyświetlane na monitorach zachęty do zdejmowania pasków czy wyjmowania telefonów z kieszeni. Do dziś nie rozumiem, co takiego fajnego jest w spowalnianiu całej procedury i konieczności wielokrotnego przechodzenia przez bramkę wykrywacza metali i byciu proszonym o wykonywanie czynności, które inni podróżni robią bez dodatkowych zachęt? No nic, mam czas więc całe zamieszanie widzę jako dobrą komedię, ale domyślam się, że nie wszyscy w kolejce są w tak komfortowej sytuacji, żeby doszukiwać się w zdarzeniu akcentów humorystycznych... Ok, kontrola jakoś poszła i oto jestem w hali odlotów - na godzinę przed odlotem i ponad 30 minut przed rozpoczęciem procedury wpuszczania na pokład. Lotnisko nie wydaje się specjalnie duże, w głównej hali znajduje się kilkanaście bramek, kolejnych kilka - na niższym poziomie, i również kilka w strefie non-Schengen - tym niemniej ruch pasażerski jest spory i cały czas rośnie (ponad 7 milionów pasażerów w 2014 roku), bo podróż lotnicza to właściwie jedyny sposób, żeby w miarę sprawnie podróżować pomiędzy Sycylią i resztą Włoch.
MD-82 podjeżdżający do stanowiska postojowego na lotnisku Katania Fontanarossa.
Widok przez wyjątkowo czystą szybę terminalu


Boarding, po prostu boarding. Lotnisko Katania Fontanarossa

W końcu nadchodzi czas również na nas - pojawiają się dwie panie z Meridiany i rozpoczynają wpuszczenie pasażerów do korytarza, na końcu którego znajduje się rękaw podpięty do naszego samolotu - w związku z tym najpierw o wejście proszeni są podróżni, którzy mają miejsca w tylnej części maszyny. Skraca to nieco czas boardingu, chociaż i tak zawsze musi trafić się kilku pasażerów, którzy za wszelką cenę muszą od razu pieczołowicie umieszczać swoje bagaże w schowku, blokując w dodatku sobą wąskie przejście pomiędzy rzędami foteli i uniemożliwiając tym samym przejście pozostałym. No ale nie zapominajmy, że to Meridiana, kilkanaście minut różnicy nikomu nie robi ;)

Ostatnie zdjęcie MD-82 przed wejściem na pokład

Ok, słychać komunikat, że wszyscy pasażerowie są już na pokładzie, zatem załoga wita podróżnych i prosi o zapięcie pasów i uważne zapoznanie się z instrukcją zakładania kamizelek ratunkowych i używania masek tlenowych, a samolot jest wypychany ze stanowiska postojowego. Jadąc w kierunku pasa startowego podziwiamy widok Etny na tle ciemniejącego szybko nieba, a po chwili samolot wykonuje nawrót i wjeżdżamy na drogę startową 26 i już bez zatrzymywania się nabieramy prędkości, by po kilkudziesięciu sekundach oderwać się od ziemi. Najpierw przez kilka minut lecimy w stronę Afryki, by następnie niespiesznie wykonać głęboki skręt i - już po nabraniu wysokości - ponownie przelecieć nad Sycylią kierując się w stronę północy Włoch. Trasa - wnioskując z konturów brzegów widocznych jako zbiorowiska żółtych i białych światełek (wyjątkowo fascynujących przy oglądaniu, jak i niewdzięcznych w fotografowaniu) - odbywa się tym samym korytarzem powietrznym, co podróż w przeciwną stronę.

Na pokładzie spokój - większość pasażerów drzemie, a załoga przejeżdża z wózkiem i rozdaje soczki. Po niespełna półtoragodzinnym locie samolot rozpoczyna zniżanie, przygotowując się do lądowania na lotnisku Mediolan Linate, na którym znajdziemy się po kolejnych niespełna 30 minutach w powietrzu. Tym razem nasz MD-82 zatrzymuje się na oddalonym od terminalu stanowisku postojowym, gdzie spędzi noc, a pasażerów do budynku odwożą 2 lotniskowe autobusy. Jeszcze tylko telefon na parking z prośbą o wysłanie busa i podróż można uznać za zakończoną. No, prawie - bo jest jeszcze dojazd do domu urozmaicony licznymi zmianami w sieci drogowej, poczynionymi głównie z okazji właśnie trwających targów EXPO2015. 

Podsumowując - podróż Meridianą na tej trasie wprawdzie nie dostarcza spektakularnych wrażeń, ale może stanowić niezłą alternatywę dla lowcostów - szczególnie jeśli w grę wchodzi zakup biletów w ostatniej chwili, albo podróżuje się z bagażem nadawanym. Dodatkowym atutem jest rozsądny - z punktu widzenia pasażera - współczynnik wypełnienia samolotu, nieprzekraczający szacunkowo 65% - co w porównaniu do nabitego pod sufit Ryanaira czy EasyJeta wydaje się innym światem :) Tym niemniej, następnym razem - tak dla porównania - spróbuję polecieć Alitalią.

Komentarze

Komentowanie dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników.