×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Bliżej świata: Oblicza Kaukazu - Baku



Pierwszy poranek w stolicy Azerbejdżanu rozpocząłem leniwie, ale było to usprawiedliwione. Większość samolotów z Europy ląduje w Baku w środku nocy lub nad ranem, nie ma co więc liczyć na wczesną pobudkę. Dopiero przed 10 wspiąłem się na położony na dachu hotelu taras, na którym serwowano proste śniadanie. Na górze, mimo pięknej, słonecznej pogody, od razu dał się we znaki porywisty wiatr. Nieprzypadkowo to właśnie silnym podmuchom miasto zawdzięcza swą nazwę.



Po śniadaniu postanowiłem dotrzeć do Baszty Dziewic. To najbardziej charakterystyczny punkt bakijskiej starówki, Iczeri Szeher. Owalna budowla pochodzi z XII wieku i niegdyś stała nad samym morzem. Nad znaczeniem jej intrygującej nazwy zastanawiało się już niejedno pokolenie historyków, lecz jak dotąd nie udało się im znaleźć satysfakcjonującego rozwiązania. Legenda głosi, że rzuciła się z niej w morską otchłań córka jednego z władców, chcąc uniknąć w ten sposób ślubu z własnym ojcem...

Poranek to dobry moment, by wspiąć się na szczyt baszty. Upał nie jest jeszcze tak dokuczliwy, zaś wokół panuje o tej porze niewielki ruch. I nie myślę wcale o turystach – tych na szczęście w Baku ciągle jest jak na lekarstwo.



Z góry roztacza się wspaniały widok na stare miasto.



W pobliżu Baszty Dziewic działały przed wiekami karawanseraje. Niskie, prostokątne budynki dawały schronienie i odpoczynek kupcom wędrującym tutejszymi szlakami handlowymi. Dziś stajnie dla wielbłądów zostały przerobione na… modne dyskoteki.



Idąc dalej mijam sprzedawców dywanów i antyków, którzy niespiesznie układają towar przed swoimi sklepami. Inaczej niż w Turcji i krajach arabskich, tutejsi kupcy nie są natrętni. Przy nadarzającej się okazji chętnie natomiast wypytują o nasz kraj, a nierzadko szczycą się znajomością Warszawy.



Przez następną godzinę plączę się bez planu po ciasnych uliczkach Iczeri Szeher. Podziwiam fasady domostw z typowymi, zabudowanymi balkonami, odnajduję malutkie fontanny, przechodzę obok starych meczetów i medres.



Wśród nich największe wrażenie robi na mnie XI-wieczny meczet Mohammeda ze strzelistym minaretem. Jest najstarszy w całym Azerbejdżanie.

Zasłużyłem na herbatę. To niemalże narodowy napój Azerów – pije się ją o każdej porze dnia i do każdego posiłku. Zamówimy ją wszędzie, ale najlepiej smakuje w tradycyjnych domach herbaty, czyli czajchanach. Działają w każdym zaułku starego miasta. Czarny napój parzy się tu w niedużych czajnikach, a następnie rozlewa do szklaneczek w kształcie tulipanów. Herbata nigdy nie jest słodzona, ale zawsze serwuje się ją w towarzystwie słodkich przekąsek. Zazwyczaj jest to kryształowa salaterka z konfiturą z pigwy lub moreli, czasem także suszone owoce, czekolada lub bakława.



Po herbacie wypada rozegrać partyjkę narda – lokalnej wersji popularnego tryktraka.



Mój kolejny cel to Pałac Szirwanszachów. Należał niegdyś do władców Szirwanu, którzy panowali na obszarze współczesnego Azerbejdżanu między IX i XVI stuleciem. Kompleks nie jest wprawdzie zbyt rozległy, ale warto poświęcić mu nieco uwagi. Zaczynam od wizyty w komnatach reprezentacyjnych i prywatnych apartamentach szachów. W zrekonstruowanych wnętrzach zobaczymy kolekcję dawnej broni oraz nieco przedmiotów pochodzących z oryginalnego wyposażenia pałacu. Jednym z najwspanialszych pomieszczeń jest ośmiokątna, przykryta kopułą sala, w której odbywały się posiedzenia królewskiej rady zwanej diwanem.



Na terenie kompleksu pałacowego znajduje się również mauzoleum Szirwanszachów oraz stoją ruiny dwóch meczetów. Ponadto trzeba obowiązkowo zerknąć do łaźni, którą wzniesiono, aby zaspokoić potrzeby dworu.

Pomysł na szybki obiad? Zadawalam się qutabem – prostym, ale bardzo pożywnym plackiem, który nadziewa się mięsem, serem lub dynią. Zamawiam go z porcją grillowanej papryki i szklanką świetnie orzeźwiającego w gorący dzień ajranu – jogurtu doprawionego kolendrą, solą i sumakiem. Zestaw podadzą nam w każdej knajpce w Iczeri Szeher.



Opuszczając mury Iczeri Szeher mam do odrobienia niezbędną lekcję – trzeba opanować sztukę przechodzenia przez ulicę. To nie lada wyzwanie, zwłaszcza na początku, gdyż na widok pieszych tutejsi kierowcy ani myślą zwolnić, a czerwone światło, jeśli w ogóle jest, zazwyczaj umyka ich uwadze. Najlepszym sposobem nauki jest oczywiście naśladowanie miejscowych. Czekam więc, aż ktoś rozpocznie ten manewr i staram się dotrzymać mu kroku. Lawirowanie między pędzącymi samochodami wymaga precyzji i stalowych nerwów oraz przestrzegania jednej, prostej zasady: jeśli już jesteś na drodze, idź pewnie do przodu i nie oglądaj się za siebie!

Z podwyższonym poziomem adrenaliny docieram wreszcie do dolnej stacji bakijskiego funikularu. Kolejka pnie się po stromym zboczu górującego nad starym miastem Wzgórza Męczenników – miejsca związanego z trudną historią współczesnego Azerbejdżanu.



Na szczycie, w otoczeniu zadbanego parku, rozpościera się nekropolia z grobami tysięcy Azerów, którzy polegli w starciu z Armią Czerwoną podczas "Czarnego Stycznia" w 1990 roku oraz w sześcioletniej wojnie z Ormianami o Górski Karabach (1988 –1994). Każdy grób zdobią świeże, czerwone goździki. Nieopodal cmentarza stoi monumentalny pomnik, w którego wnętrzu płonie wieczny ogień ku pamięci ofiar. Konflikt z Armenią, mimo obowiązującego od 1994 roku zawieszenia broni, nadal jest jednym z najpoważniejszych problemów w kraju. Azerbejdżan nigdy nie pogodził się z utratą niemal 1/5 swojego terytorium i zarazem lądowej łączności z Republiką Nachiczewańską. Jego władze przypominają o niezakończonym sporze o Karabach przy każdej okazji. Wobec braku porozumienia w tej sprawie nie można wykluczyć w przyszłości wybuchu kolejnej wojny na Kaukazie.



Ze Wzgórza Męczenników rozciąga się także fantastyczny widok na Baku i Morze Kaspijskie. Zachwycam się nim przez dłuższą chwilę, popijając herbatę serwowaną tu z małych, przenośnych stoisk.



Czas ruszać w dół, tym razem na własnych nogach. Po drodze mijam Flame Towers. Ten imponujący kompleks mieszkalno-biurowy wznosi się na wysokość 182 m i jest doskonale widoczny z niemal każdego punktu miasta. Jego budowa pochłonęła – bagatela – 350 mln dolarów. W zamyśle architektów wieże w kształcie płonących pochodni miały nawiązywać do prastarego w Azerbejdżanie kultu ognia, choć mnie przypominają gigantyczny kwiat tulipana. To jeden z symboli nowoczesnego Baku.

Na kolację udaję się do L’Aparté. Pomimo francuskiej nazwy lokal serwuje przede wszystkim specjały kuchni azerskiej. A jest w czym wybierać! Najpierw decyduję się na talerz dolmy – miniaturowych gołąbków przygotowanych z farszu z mielonej jagnięciny i ryżu zawiniętego w liście winogron. W dalszej kolejności na stole pojawia się ogromna misa pilawu przyrządzonego z warzywami oraz baranie szaszłyki. Do tego wszystkiego świeża sałatka z pomidorów i ogórków oraz biały chleb czurech, który podaje się przy każdej okazji. Do kolacji najlepiej smakuje lokalne piwo Xirdalan. Mimo że przytłaczająca większość mieszkańców Azerbejdżanu to muzułmanie, nie ma tu w praktyce najmniejszych problemów z kupnem i spożyciem alkoholu.

Na zakończenie męczącego dnia idealnie nadaje się wizyta w hamamie. Tradycja łaźni publicznych jest tutaj, podobnie jak i w innych krajach Wschodu, bardzo długa i właściwie niezmienna. W centrum Baku działa ich co najmniej kilka, ale decyduje się zajrzeć do najstarszej, zwanej Hamam Mehellesi. Trafić do niej łatwo, bowiem mieści się w obrębie murów miejskich, tylko kilka kroków od starej bramy przy stacji metra Iczeri Szeher. Warto pamiętać, że nie w każdy dzień jesteśmy tu mile widziani. W poniedziałki i piątki z dobrodziejstw łaźni mogą korzystać wyłącznie kobiety, a w pozostałe dni – mężczyźni. W odprężającej atmosferze na przemian wygrzewam się w saunie i chłodzę w niewielkim basenie, po czym trafiam w ręce brodatego osiłka. Masaż, który mi serwuje, to zabieg iście skomplikowany – polega na chłostaniu, gnieceniu i wykręcaniu po kolei (prawie) wszystkich części ciała! Cóż, metoda skuteczna, bo w drodze do hotelu czuje się jak nowo narodzony.



Nazajutrz wyruszam do Gobustanu – oddalonego o niespełna godzinę drogi od miasta parku narodowego, w którym możemy podziwiać tysiące petroglifów stworzonych przez prehistorycznych mieszkańców tych terenów. W pobliżu rezerwatu zatrzymuje się kilka marszrutek odjeżdżających z dworca autobusowego w Baku, jednak znacznie prościej zamówić kurs u jednego z taksówkarzy stojących przy murach starówki. Po opuszczeniu aglomeracji jedziemy wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego. Mijamy liczne platformy wiertnicze eksploatujące miejscowe zasoby ropy naftowej. To właśnie odkrycie w drugiej połowie XIX wieku złóż "czarnego złota" na Półwyspie Apszerońskim przyczyniło się do dynamicznego rozwoju Baku i stało się źródłem bogactwa kraju. Im dalej od miasta, tym bardziej surowy i pustynny staje się krajobraz.



Rezerwat petroglifów znajduje się na zboczu stromego wzgórza. Skalne rysunki zostały odkryte w latach 30. ubiegłego wieku i przez kilka kolejnych dekad były przedmiotem zainteresowania pioniera azerskiej archeologii i etnografii, Ishaga Dżafarzadeha. Udało mu się zidentyfikować ponad 4 tys. różnych petroglifów datowanych na 5-40 tys. lat p.n.e. W skalnych zagłębieniach bez kłopotu rozpoznaję kształty zwierząt i ludzi, tańczące postaci, sceny z życia codziennego…



Przed powrotem do Baku czeka na mnie kolejna atrakcja: wulkany błotne. Kilkanaście niedużych kraterów wyrasta z suchej, popękanej ziemi tworząc prawdziwie księżycowy pejzaż. Każdy z nich bulgocze i pluje co jakiś czas gęstym, zimnym błotem. Kto chce poddać się zbiegom kosmetycznym, niech pamięta o odpowiednim zapasie wody. Do morza jest stąd 5 km!



W poszukiwaniu miejsca na obiad trafiam na Plac Fontann. To pięknie odnowiony, reprezentacyjny skwer w centrum miasta. Swą nazwę zawdzięcza zainstalowanym tu kilkunastu fontannom o śmiałych kształtach i nowoczesnej formie. Wybór pada na Café City. Można wejść do środka lub pozostać w eleganckim ogródku. W karcie dania inspirowane kuchnią włoską i francuską oraz niezłe wina. Pysznie, ale dość drogo. Ceny w niczym nie odbiegają od zachodnioeuropejskich standardów. I już wiem czemu wokół częściej słychać rosyjski niż azerski.



Pora na spacer po okolicy. Kieruję się w stronę meczetu Taza Pir. Największa dziś świątynia muzułmańska w Baku została wybudowana na początku ubiegłego wieku, a kilka lat temu przeszła gruntowną renowację. Obok mieści się siedziba Rady Muzułmanów Kaukaskich. Złote wykończenia minaretów i kopuły meczetu (pierwotnie była zielona) już z daleka mienią się słonecznym blaskiem. Na obszernym dziedzińcu nie ma żywej duszy. W głównej sali modlitewnej medytuje zaledwie kilku mężczyzn, więc niezauważony siadam i podziwiam marmurowy mihrab i wspaniałą ornamentykę.

Rejon meczetu Taza Pir znany jest także jako "Sowieckij Rajon". Wyróżnia się niską, parterową lub jednopiętrową zabudową, wąskimi uliczkami i specyficznym klimatem. Jedna z najbiedniejszych dzielnic Baku powstała przed stu laty, aby służyć pierwszym robotnikom rafinerii. Obok ich domostw stawiano magazyny i stajnie. 

Choć tych ostatnich już nie odnajdziemy, "Sowieckij Rajon" niewiele się zmienił. Wystarczy nieco zboczyć z głównych ulic, żeby przenieść się w czasie. Są tu podupadłe czynszówki, drewniane płoty, stare zakłady rzemieślnicze i unoszący się wszędzie zapach chleba pieczonego w przydomowych tandirach. Los tego świata jest jednak już przesądzony. Zajmuje on bowiem zbyt atrakcyjne dla bakijskich deweloperów tereny. Bliżej centrum zniszczone budynki na powrót ustępują miejsca secesyjnym kamienicom z arcyciekawymi detalami architektonicznymi. Jest nawet rodzimy akcent. Oto nad wejściem do Pałacu Ślubów dumnie czuwa polski rycerz w zbroi.



Późnym popołudniem wstępuję do muzeum dywanów. Chcę zobaczyć jedną z najbogatszych na świecie kolekcji dzieł sztuki kobierniczej. Zgromadzono tu ponad tysiąc pięknych i rzadkich dywanów pochodzących nie tylko z wielu ośrodków w Azerbejdżanie, ale także z Persji i Dagestanu. Kobierce różnią się wzorem, kompozycją, układem kolorów (dominują czerwony i niebieski) i techniką tkania. Motywy dekoracyjne, zwykle jakieś figury geometryczne lub rysunki roślin i ptaków, zdradzają, gdzie powstał dany egzemplarz i do czego był używany. Większość eksponatów stworzono w jednej z 7 dawnych szkół dywanów działających w Kubie, Baku, Gandży, Karabachu, Tabrizie, Szirwanie i Kazachu. Pouczającą lekcję na temat tej tradycyjnej gałęzi miejscowego rzemiosła kończę oglądając wystawę strojów ludowych i wyposażenia domowego z przełomu XIX i XX wieku.



Podobno najlepiej podziwiać Baku od strony zatoki. W tym celu wsiadam na niewielki statek wycieczkowy, który zabierze mnie w krótki rejs po Morzu Kaspijskim. Rzeczywiście, z daleka azerska stolica prezentuje się okazale. Na horyzoncie wyrastają nowe dzielnice, domy, luksusowe biurowce i hotele. Mijamy port i zbliżamy się do słynnego masztu flagowego. W 2010 roku został uznany za najwyższy obiekt tego typu na świecie i trafił do księgi rekordów Guinnessa – mierzy 162 m wysokości, a łopocząca na jego szczycie flaga państwowa ma równie duże rozmiary: 70 m długości i 35 m szerokości. Niestety na statku przekonuje się również o skażeniu Morza Kaspijskiego. W słoneczny dzień tutejsze wody mienią się kolorami benzyny rozlanej na drodze!



Ze statku schodzę wprost na bulwary. Ciągną się kilometrami wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego. Wszędzie mini-ogrody z rzadkimi gatunkami drzew i kwiatów, jakby wyjęte z okładki pisma dla golfistów, perfekcyjnie przycięte trawniki, szerokie aleje i deptaki, przy których ustawiono setki ręcznie kutych (!) pojemników na śmieci. Panuje tu idealny porządek. Nadmorska część Baku czystością nie ustępuje szwajcarskim metropoliom. Bulwary to także strefa rozrywki dla bogatych mieszkańców stolicy. Okoliczne ulice zostały opanowane przez luksusowe butiki (jest ich niewiele mniej niż w Paryżu); są kina i teatry, supernowoczesne centra handlowe.



O zachodzie słońca ożywają kawiarniane ogródki i modne restauracje. Spacerując wzdłuż wybrzeża łatwo zapomnieć o problemach społecznych trapiących dzisiejszy Azerbejdżan. Najzamożniejsze państwo Kaukazu nie szczędzi funduszy na rozbudowę stolicy, która już nie tylko błyszczy na tle innych miast regionu, ale i potrafi wzbudzić zazdrość niejednego Europejczyka. Mierzony ilością nowych inwestycji dobrobyt niewiele jednak mówi o sytuacji przeciętnych mieszkańców kraju, którzy na co dzień muszą żyć z głodowych pensji.

Marek Stus


Informacje praktyczne

Język: azerski, rosyjski, w stolicy można - z różnym powodzeniem - próbować porozumiewać się po angielsku. 

Waluta: 1 manat azerbejdżański (AZN) - ok. 4,35 zł. 

Wiza: Obywatele polscy muszą uzyskać wizę przed wjazdem do Azerbejdżanu (nie jest możliwe jej uzyskanie na lotnisku w Baku). Zalecam kontakt z ambasadą Republiki Azerbejdżanu w Warszawie przed rozpoczęciem starań o wizę, gdyż zasady wydawania wiz ulegają częstym zmianom. Zgodnie z aktualnymi przepisami, z wnioskiem należy zwrócić się do odpowiedniej firmy turystycznej pośredniczącej w procedurze wizowej. Opłata konsularna za wydanie jednorazowej wizy turystycznej wynosi 60 euro.

Lotnisko: Port lotniczy im. Hejdara Alijewa znajduje się ok. 20 km na północny-wschód od centrum Baku. Do miasta najszybciej dotrzemy taksówką – kurs to wydatek ok. 25-30 AZN. W ciągu dnia jeżdżą na tej trasie marszrutki nr 36, ale nie docierają pod sam terminal. Przejazd kosztuje 1 AZN. 

Zakwaterowanie: W stolicy funkcjonuje kilka hoteli znanych sieci, jak Kempinski, Radisson Blu czy świeżo otwarty Hilton Baku. Ceny noclegów są wysokie i wynoszą ok. 200-300 AZN za dobę. Dobrą alternatywą są rodzinne hoteliki i pensjonaty położone w starej części Baku. Polecam np. Old City Inn *** (16 Kichik Gala): za duży i wygodny pokój ze śniadaniem zapłacimy tu 80 AZN/noc.

Wyżywienie: Baku jest dość drogim miastem; ceny w restauracjach i kawiarniach zbytnio nie odbiegają od standardów zachodnioeuropejskich. Za szybki lunch w centrum miasta zapłacimy ok. 10 AZN, kolacja z deserem to już wydatek rzędu 20-25 AZN od osoby. Herbata, kawa, piwo – 2-3 AZN.

Transport: Sieć komunikacyjna w Baku jest przyzwoicie rozwinięta. Po mieście kursują autobusy i marszrutki (jednorazowy przejazd kosztuje 20-50 kapik); działają też dwie linie metra (bilet: 20 kapik). Do Gobustanu najłatwiej dotrzeć wynajęta taksówką – półudniowy wyjazd kosztuje ok. 50-60 AZN (koniecznie trzeba się upewnić czy kierowca zna drogę do błotnych wulkanów!). Alternatywnie można wsiąść do marszrutki nr 105 lub 195 (przejazd kosztuje 1 AZN), ale wobec braku miejscowego transportu i tak później trzeba skorzystać z usług lokalnych kierowców, za co zapłacimy ok. 20 AZN.

Bilety: Większość atrakcji jest płatnych, zazwyczaj 2 AZN za wstęp oraz 2 AZN za możliwość fotografowania/filmowania. Bilet do muzeum dywanów kosztuje 5 AZN. Krótki rejs po Morzu Kaspijskim: 2 AZN. Do meczetów wjedziemy bezpłatnie.

Zwyczaje: Wyruszając do miasta w krótkich spodniach nie unikniemy... ciekawskich spojrzeń niemal wszystkich przechodniów, a czasem i wyraźnej dezaprobaty na ich twarzach! Niezależnie od pogody i okazji wychodząc na ulicę należy zakładać wyłącznie długie spodnie. 




gość_dad14 - Profil
gość_dad14
  

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!

Wylot z:

Przylot do:

  • Data wylotu:

  • Data powrotu:

Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie