Lądujemy w... Wan

Dominik Sipiński - Profil Dominik Sipiński
16 grudnia 2011 20:17
16 komentarzy
Reklama

W rzeczywistości jednak pasażerowie zmierzając do różnych samolotów gubią się na płycie, halę odlotów i przylotów oddziela ścianka z pleksi z drzwiami na fotokomórkę, a brak jakichkolwiek informacji i anglojęzycznego personelu potęguje chaos.


Wan zostało niemal całkowicie wyburzone w latach 20., a potem odbudowane przez Turków. Teraz jest w gruzach po niedawnym trzęsieniu ziemi.

Wan to jedno z większych miast we wschodniej Anatolii - azjatyckiej części Turcji. Ma około 400 tys. mieszkańców i jest stolicą prowincji. Do granicy z Iranem jest stąd tylko 80 km, do irackiej - 130, a syryjskiej - 160. Wan to miasto z bogatą przeszłością, dawna stolica imperium Urartów i Armenii. Obecnie - biedne centrum przemysłowe, zamieszkane przez skonfliktowanych z rządem w Ankarze Kurdów i nawiedzane przez groźne trzęsienia ziemi.

Lotnisko w Wan (LTCI/VAN) to jednak istotny punkt na mapie Turcji. To największy port lotniczy w tej części kraju, obsługujący rocznie ponad 900 tys. pasażerów. Ponieważ do Wan bardzo trudno dotrzeć inaczej niż samolotem, terminal lotniska jest rozbudowywany. W Wan mieści się też baza wojskowa, gdzie stacjonują samoloty C-130 używane podczas operacji w północnym Iraku.


Podczas zniżania do lądowania samoloty przelatują m.in. nad jeziorem Nemrut w kraterze dawnego wulkanu o tej samej nazwie.

Choć Wan ma status lotniska międzynarodowego, regularnie obsługiwane są wyłącznie połączenia krajowe. Do Istambułu lata Turkish Airlines (lotniska im. Atatürka i Sabihy Gökcen), Pegasus i Sun Express (lotnisko im. Sabihy Gökcen), do Antalyi i Izmiru Turkish Airlines, a do Ankary - AnadoluJet (z tego połączenia korzystałem). Lądują tu niemal wyłącznie samoloty z rodzin Airbus A320 i Boeing 737.

Ponieważ miasto położone jest na wysokości 1700 m n.p.m., w pobliżu gór osiągających nawet 5000 m n.p.m., procedury podejścia do lądowania są skomplikowane. Ponadto lotnisko nie jest wyposażone w system ILS, a jedyna pomoc nawigacyjna to radiolatarnia VOR.


Po wylądowaniu samoloty wykonują tzw. backtrack, czyli kołowanie po pasie startowym. Po wschodniej stronie pasa leży terminal, a po zachodniej - jezioro Wan.

Lotnisko w Wan ma jeden pas startowy o długości 2750 m. Lądowania niemal zawsze odbywają się z południa, na kierunku 03.

Podczas podejścia do lądowania samoloty przelatują nad słonym jeziorem Wan, a po serii manewrów na prostą do lądowania wychodzą zaledwie kilkaset metrów przed początkiem pasa.

Po wylądowaniu zdarza się, że samolot musi czekać na wolne miejsce postojowe. Na płycie pasażerskiej jest ich tylko sześć, a w godzinach południowych ruch jest duży.


Dawny terminal lotniska w Wan jest modernizowany. Na ten czas wyłączono go z ruchu, przez co otwarta jest tylko ok. 1/3 całego budynku.

Pasażerowie z samolotów do terminala przechodzą pieszo. Spośród kilku identycznych drzwi na chybił trafił wybrać trzeba te prowadzące do hali przylotów. Na szczęście w wypadku pomyłki nic się nie stanie - fotokomórki zamontowane są z obydwu stron i zawsze można wrócić na płytę lotniska.

Dawny budynek terminala jest teraz w remoncie w ramach trwającej rozbudowy. Cały ruch odbywa się w obrębie tych pomieszczeń, które po zakończonej modernizacji staną się częścią odlotową. Pomieszczenie przedzielone jest ścianą z pleksi na dwie części. Łączą je drzwi otwierane obustronnie czujnikiem ruchu. Policjanci pilnują, by pasażerowie nie przeszli do niewłaściwej strefy. Gdy dostrzegą aparat, pokazują, by natychmiast przestać robić zdjęcia - zgodnie z tureckim prawem fotografowanie lotnisk jest zabronione. Na zachodzie kraju przepis ten nie jest przestrzegany - jednak im dalej na kurdyjski wschód, tym surowsi stają się policjanci.


Halę przylotów i odlotów oddziela przezroczysta płyta z pleksi, a o trwającej budowie świadczą stojące na środku terminala rusztowania.

Karuzela bagażowa to kilkumetrowa taśma, na którą trafiają bagaże z wszystkich przylatujących w tym czasie samolotów. Komunikaty są bardzo ciche i tylko po turecku, a ekranów z informacjami nie ma wcale. Dach terminala sprawia wrażenie, jakby wspierał się tylko na stojącym na środku hali rusztowaniu.

Ponieważ obecna hala przylotów jest tymczasowa, wychodzi się z niej pomiędzy stanowiskami check-in. To ciasne, nieoznakowane przejście jest na szczęście jedyną drogą, więc nie można się zgubić.


Parking przed terminalem w Wan - darmowy, pilnowany przez wojsko i całkowicie niezdatny do zostawienia samochodu na dłużej niż kilkanaście minut. Albo zostałby rozjechany, albo wyjechałby z innym kierowcą.

Przed terminalem znajduje się parking - spora przestrzeń ubitego piasku z fragmentami asfaltu. Pasy i strefy wydzielają metalowe pachołki z rozpiętymi pomiędzy nimi łańcuchami, ale tureccy kierowcy na takie szczegóły nie zwracają uwagi. Nie brakuje samochodów, pod którymi wloką się staranowane resztki barierek.


Poczekalnia przed terminalem - przed nieczęstymi deszczami chronią rusztowania, czekając na samolot można się opalić oraz zapalić.

Odlatując z Wan, po raz kolejny uderza prowizoryczność rozwiązań na czas budowy. Otwarta jest tylko ok. 1/3 terminala, więc poczekalnię przeniesiono... na zewnątrz. W suchym klimacie wschodniej Turcji fotele stojące przed terminalem są kuszące, bo bez ograniczeń można przynajmniej palić - a Kurdowie od tytoniu nie stronią.


Trwająca budowa harmonijnie współpracuje z normalnym działaniem lotniska. Pomaga brak barierek ochronnych.

Jak na każdym tureckim lotnisku, pierwsza kontrola bezpieczeństwa następuje tuż przy wejściu do budynku lotniska. Jest ona dość szczegółowa. Choć groźniej jest w okolicach Diyarbakiru i Hakkiri, to jeszcze do niedawna Wan było jednym z najważniejszych miast dla PKK, kurdyjskich separatystów uważanych za organizację terrorystyczną.


Po lewej stronie skraj starego terminala, potem wejście do nowego z poczekalnią na świeżym powietrzu i kurdyjską wersją parkingu "kiss & ride", dalej nowy terminal w budowie.

W głównej hali portu lotniczego jest osiem stanowisk check-in. Przy każdym z nich znajduje się tylko logo jednej z latających do Wan linii. Ponieważ o tej samej godzinie odlatują samoloty Turkish Airlines do Istambułu i AnadoluJet, linii należącej do Turkish, do Ankary, do stanowisk z logiem tej firmy tworzą się liczne, chaotyczne kolejki. Po kilkunastu minutach okazuje się, że obydwa loty mają osobne stanowiska, więc pasażerowie przenoszą się z kolejki do kolejki, potęgując chaos. Cała odprawa trwa ok. 45 minut.


Przestronna hala terminala ze skromnymi stanowiskami check-in. Piętro - w przyszłości biurowe - jest jeszcze niewykończone, a na przechodniów czyhają wystające tu i ówdzie z podłogi kable.

W trakcie check-inu okazuje się, że systemy odprawy w Wan nie są zintegrowane z tymi w Ankarze. Mój bagaż i ja dostajemy odprawę jedynie do stolicy Turcji, choć na przesiadkę na dalszy rejs do Istambułu mam jedynie 45 minut. Po interwencji w biurze Turkish Airlines - jedynym miejscu, gdzie da się na bardzo podstawowym poziomie porozumieć po angielsku - udaje się nadać bagaż do punktu docelowego - Istambułu. Jednak ja dostaję kartę pokładową jedynie na lot do Ankary - pozostaje liczyć, że pomimo krótkiego transferu uda się jakoś zdobyć kartę pokładową na drugi odcinek lotu.


Największy tłok panuje przy szybach wychodzących na płytę lotniska.

Poczekalnia w sektorze odlotów w Wan nie istnieje. Spośród kilkuset pasażerów, oczekujących na trzy różne samoloty, część tłoczy się w jedynej, małej kawiarence. Inni wychodzą przed terminal lub stoją w głównym holu, skąd przez wielkie szyby można oglądać płytę i pas lotniska. Trzeba jednak uważać, by nie potknąć się o wystające z podłogi kable.


Po odprawie - a należy się do niej stawić najpóźniej 1,5 godziny przed odlotem - czekać można na dworze, w pustym terminalu lub jedynej kawiarni "Ahtamara". To jedno z niewielu miejsc w Wan, gdzie zrozumiana została prośba o "water".

Informacji o rozkładzie, opóźnieniu czy rozpoczęciu boardingu nie ma. Około 45 minut przed odlotem spontanicznie zaczyna tworzyć się kolejka do kontroli dokumentów. Pasażerowie różnych rejsów znów się mieszają. Policjanci sprawdzają dowody osobiste i paszporty, a potem przepuszczają odlatujących do kontroli bezpieczeństwa.


Hala główna terminala z tajemniczym otworem zakrytym dyktami na środku. Zwraca uwagę to, czego nie ma - ekranów informacyjnych i oznakowań.

Bagaż podręczny jest prześwietlany tuż przed wyjściem z terminala do samolotu. Ponieważ w ciągu kilku minut policjanci muszą skontrolować około 300 pasażerów, kontrolę jest niedokładna. Wniesienie na pokład wody, kosmetyków, a nawet przypadkiem zabranego scyzoryka nie jest problemem.


Po kontroli bezpieczeństwa pasażerowie ustawiają się w długiej kolejce do wyjścia. Na zdjęciu: z lewej strony pasażerowie wychodzą do dwóch różnych samolotów, z prawej koniec kolejki właśnie blokuje kontrolę bezpieczeństwa. Za próbę sfotografowania policjantów omal nie straciłem aparatu.

Choć przy wyjściu z terminala karty pokładowe są sprawdzane, to potem pasażerowie już bez nadzoru przechodzą do samolotów. Na płycie stoją dwa identyczne Boeingi 737-800 linii AnadoluJet, co oczywiście wywołuje chaos. Stewardessy odsyłają pasażerów do właściwych maszyn. Po około 40 minutach zamieszania w końcu obydwa samoloty wypełnione są właściwymi pasażerami. W międzyczasie ląduje jeszcze samolot Turkish Airlines, a wysiadający z niego pasażerowie potęgują zamieszanie na płycie lotniska.


AnadoluJet, główna linia lotnicza w Wan. Samolot można swobodnie obejść z każdej strony. Nie tylko ten, do którego się wsiada.

Ostatecznie start odbywa się z niemal godzinnym opóźnieniem, mimo że boarding rozpoczął się punktualnie. Zapada zmierzch, więc przy starcie nie można już podziwiać panoramy miasta i jeziora Wan oraz nieodległych gór Kaukazu. Ale przygoda z lotniskiem w tym zapomnianym mieście na wschodzie Turcji pozostaje w pamięci. To fenomenalny efekt zmieszania biurokratycznych norm z Brukseli i Ankary z zupełnie inną mentalnością, biedą i zamiłowaniem do łamania zasad w tym rejonie kraju.

Dominik Sipiński
fot. Dominik Sipiński
Reklama

Ostatnie komentarze

 - Profil gość
jjemiolo 2011-12-20 16:34   
jjemiolo - Profil jjemiolo
domos: w istocie, Turcy sa wkurzeni bo ilez maja czekac na Unie. Chorwacja juz jest w niej po kilku latach. Jak byli potrzebni w czasach Radziecji bo mozna bylo od nich szpiegowac to dostali sie do NATO, teraz gdy chodzi o duze pieniadze do Europy mniej pasuja. Z drugiej strony Europa nie ma chyba wyjscia na dluzsza mete bo potrzebuje sily roboczej a ta jesli nie przyjdzie z Turcji to bedzie z innych krajow sasiednich, ktore kulturowo sa dla Europy nawet mniej pasujace niz Turcja. Jednakowoz, jesli Turcy sie calkowicie wkurza na UE to nie przestana byc szansa na kulturowy most miedzy Europa a Bliskim Wschodem, jakim chyba nadal sa postrzegani ale moga sie zradykalizowac antyeuropejsko czy antychrzescijansko. Stad jak sadze, Unia ciagle daje forse na rzeczy jak lotnisko VAN. Bo to marchewka dla Kurdow ale Turkow tez.
domos 2011-12-19 09:28   
domos - Profil domos
jjemiolo: Z tą pisownią to jest jeden wielki ból głowy, bo w żadnym słowniku tego miasta nie ma. Niby powinno się spolszczać, gdy można (Werona, nie Verona), ale z drugiej strony "V" często zostaje (Eindhoven, Liverpool). Przyjęliśmy pisownię przez "W" arbitralnie, byleby było konsekwentnie :)
UE na Turków naciska pod wieloma względami, tylko że oni coraz mniej UE słuchają. Turcja tak długo była trzymana na progu negocjacji, że w końcu się zniechęcili. Gospodarczo radzą sobie zresztą lepiej niż wiele krajów w UE, politycznie też stali się bardzo silnym liderem Bliskiego Wschodu, a na presję ze strony UE w sprawie praw kobiet, Kurdów, relacji z Armenią są coraz bardziej głusi. Problem z Kurdami jest bardzo skomplikowany i to, że wschód Turcji jest chronicznie niedofinansowany jest tylko jednym z elementów.
A zaciągnęła mnie tam moja niespokojna dusza ;)
jjemiolo 2011-12-19 03:36   
jjemiolo - Profil jjemiolo
Wiem ze legalnie nie ma literki V w polskim alfabecie, ale w praktyce pojawia sie coraz czesciej. Zatem czy nie byloby racjonalne pisac Van zamiast Wan. Bo to wyglada podobnie gdy ktos kto nie ma W w swoim alfabecie pisze Varszava zamiast po naszemu. Swoja droga ciekawa relacja. Dominik fajnie pisze. Mnie ciekawi tylko co go tam zaciaglo? A fakt ze lotnisko sie zmienia pod naporem dotacji z Brukseli wskazuje na to ze UE naciska Turkow by ustawili sie mniej wojowniczo do Kurdow, a przynajmniej nie zaniedbywali ich terenu. Zreszta Turcja buduje i rozbudowywuje duza liczbe lotnisk.
 - Profil gość
Kup bilet Więcej
Rezerwuj loty
dorośli
(od 18 lat)
młodzież
(12 - 18 lat)
dzieci
(2 - 12 lat)
niemowlęta
(do 2 lat)
Wypożycz samochód
Rezerwuj hotel
Wizy
Okazje z lotniska
Okazje pasażera
Reklama