Los Angeles - miasto aniołów?

25 maja 2012 14:56
22 komentarzy
Reklama

Los Angeles nazywane jest Miastem Aniołów (City of Angels). Ale czy rzeczywiście zasługuje na takie miano? Bez "filmowego blichtru" nie jest tak oszałamiające. Zapraszamy na kolejny odcinek "Bliżej świata"


Historia miasta sięga XVIII wieku. W 1781 roku na te tereny przybyli Hiszpanie. Założyli misję franciszkańską "El Pueblo de Nuestra Señora la Reina de los Ángeles del Río de Porciúncula". Wokół misji powstała osada należąca do wicekrólestwa Nowej Hiszpanii, a następnie Meksyku. W XIX wieku miasto było areną walk w trakcie wojny meksykańskiej. Po jej zakończeniu Los Angeles trafiło pod panowanie Stanów Zjednoczonych i weszło w skład tego państwa.

Dziś Los Angeles wraz z San Diego tworzy drugi co do wielkości obszar metropolitalny w USA i liczy ponad 19 mln mieszkańców. Potocznie ten obszar nazywany jest "południowokalifornijskim megapolis". Ale świetność miasta już dawno przeminęła. Los Angeles to arena walk gangów i policyjnych pościgów, a nocą dominują tu "crazy people on the street", czyli ludzie chorzy psychicznie.



Los Angeles to miasto kontrastów. Z jednej strony Beverly Hills, a z drugiej - w centrum dystrykt ludzi bezdomnych. L.A. upodobali sobie członkowie różnych gangów, którzy walczą między sobą o wpływy na danym terenie. Zdarza się, że w obrębie jednego kwartału ulic działa od trzech do czterech wzajemnie zwalczających się gangów. Są rejony miasta, gdzie po zapadnięciu zmroku nawet policja stara się nie wkraczać bez wyraźnej potrzeby.


Los Angeles turystom nie oferuje zbyt dużo ciekawych miejsc. Życie towarzyskie, o ile można je tak nazwać, toczy się w "L.A Live" między ulicami West Pico Blvd i West Olimpic Blvd z jednej strony, a South Figueroa St i L.A Live Way z drugiej strony. W tym kwadracie ulic mieszczą się liczne restauracje i puby. Tu są też zlokalizowane: Nokia Theatre, hala sportowa Staples Center, Grammy Museum oraz sklepy światowych marek odzieżowych, a także centrum rozrywki ESPN.



South Figueroa Street przypomina swoim wyglądem "Walk of Fame" w Hollywood i nazywana jest "Grammy of Fame". Na odcinku 200 metrów na wzór gwiazd w Hollywood znajdują się repliki płyt gramofonowych wmurowane w chodnik.



Poruszanie się po Los Angeles nie nastręcza większych problemów. Mimo że metro jest słabo rozwiniętym środkiem komunikacji, komunikacja autobusowa w pełni to rekompensuje. Metrem dojedziemy m.in. do Hollywood, Long Beach czy Pasadeny, natomiast autobusy docierają do najdalszych miejsc metropolii.



Co warto zobaczyć w Los Angeles? Bunker Hill - na to wzgórze można dojechać dość atrakcyjną kolejką. Ponadto El Pueblo z najstarszym budynkiem w mieście, Chinatown, które wygląda jak w innych miastach USA, Griffith Park wraz z obserwatorium, z którego roztacza się ładny widok na Los Angeles, o ile miasto akurat nie jest przykryte "wiecznym" smogiem. Jednak pierwszym skojarzeniem na myśl o Los Angeles zwykle jest... Hollywood.


Hollywood zostało założone w 1887 roku przez Harveya Hendersona Wilcoxa, a nazwa została zaproponowana przez żonę Wilcoxa, Daeide. Błędnie uważa się, że pochodzi od ostrokrzewów ("English holly"), które chciano bez powodzenia zaszczepić na okolicznych wzgórzach. Pierwsze studio filmowe w Hollywood powstało w 1911 roku i nosiło nazwę "Nestor Studio". Potem powstały kolejne: Fox, Warner Bros, Paramount Pictures, MGM, Walt Disney. Obecnie większość produkcji filmowej zostało przeniesione w inne miejsca Los Angeles, między innymi do Burbank.


Hollywood kojarzy nam się z przepychem, bogactwem, znanymi gwiazdami filmu i estrady spacerującymi po "Walk of Fame". Nic z tych rzeczy.

Jest zaniedbane, zniszczone i brudne. Niczym nie przypomina miasta z telewizji czy zdjęć. Przy "alei gwiazd" znajduje się mnóstwo kiczowatych sklepów z pamiątkami i tanią odzieżą. Na próżno szukać tutaj oskarowych klimatów, znanych postaci. Tak jak w przypadku L.A, Hollywood ma lata świetności już za sobą.





Jedynie odcinek "Walk of Fame" przed Kodak Theatre oraz muzeum Madame Tussaud jest warty polecenia.




"Walk of Fame" to nie tylko gwiazdy aktorów, muzyków i reżyserów...



... ale też bohaterów kreskówek czy filmów animowanych. Swoje gwiazdy mają Myszka Miki, żaba Kermit i Shrek.




Są też polskie akcenty, czy raczej gwiazdy, w postaci Barbary Apolonii Chałupiec, znanej bardziej jako Pola Negri i Bolesława Ryszarda Srzednickiego, znanego jako Richard Boleslawski, który w latach 30. ubiegłego wieku należał do czołówki hollywodzkich reżyserów.


Gdy już ochłoniemy po spacerze aleją gwiazd, czas ruszyć w kierunku "Hollywood sign".


Opuszczamy przereklamowaną filmową stolicę i ruszamy do Beverly Hills.


Najsłynniejszym miejscem w Beverly Hills jest ulica Rodeo Drive. Wzdłuż ulicy usytuowane są luksusowe sklepy oraz butiki najsłynniejszych projektantów mody, a także ekskluzywne hotele. Giorgio Armani, Bvlgari, Burberry, Cartier, Chanel, Christian Dior, Dolce & Gabbana, Escada, Fendi, Hugo Boss, Gucci, Gianfranco Ferré, Judith Ripka, Juicy Couture, Lacoste, Lana Marks, La Perla, Michael Kors, Miu Miu, Ralph Lauren, Prada, Tiffany & Co., Tod's, Zenga, Valentino, Versace, WestimMe i Yves Saint-Laurent to tylko część z kilkudziesięciu sklepów na tej ulicy. Ulica jest symbolem bogactwa, luksusu i przepychu.


Beverly Hills ma również swoje miejsce w kinomatografii Hollywood. Filmem, który rozsławił miasto był serial Beverly Hills 90210, jednak na próżno szukać ulicy o tej nazwie. Tytułowe "90210" jest kodem pocztowym miasta.

Dziś Beverly Hills przekształciło się w osiedle sławnych i bogatych ludzi, które oparło się ekspansji otaczającego je ze wszystkich stron Los Angeles. Opuszczając miasto w kierunku Santa Monica przejeżdżamy przez Firefax District, aby odwiedzić najstarszy działający rynek. "Farms Market" został po raz pierwszy otwarty w 1934 roku i w chwil obecnej jest zabytkiem, a także atrakcją turystyczną.

Znajdujący się na rogu 3rd Street i Firefax Avenue stanowi zwarty kompleks restauracyjno-handlowy. Jest rajem dla smakoszy kuchni etnicznych czy też miłośników kalifornijskich specjałów.

Kuchnia kalifornijska powstała w wyniku mieszania zwyczajów osób żyjących na jej terenie. Do najbardziej "dziwnych" potraw należą: zielona sałata z awokado i pomarańczą, jajecznica po kalifornijsku z tuńczykiem, czerwoną fasolą i zielonym groszkiem, a jako dodatek sos tabasco. Nasze zdziwienie mogą również wywołać orzeszki ziemne polane ostrym azjatyckim sosem czy też marynowana ryba z grilla w salsie z warzywami i indiańskim chlebem. "Farms Market" oferuje również bardzo duży wybór świeżych owoców i warzyw, a także zakupy w znanych już nam z Hollywood kiczowatych sklepach z pamiątkami.





Po pokrzepieniu naszych żołądków możemy ruszyć dalej, ku plażom Santa Monica, które są turystycznym symbolem Los Angeles.

Nazwa miasta pochodzi od świętej Moniki z Hippo, patronki żon. Największe atrakcje turystyczne miasta to molo "Santa Monica Pier" zbudowane w 1929 wraz z diabelskim młynem oraz wesołym miasteczkiem.



Na molo swój symboliczny koniec ma też najsłynniejsza amerykańska droga - Route 66, popularnie nazywana Mother Road (Droga-Matka). Pierwotnie łączyła Chicago z Los Angeles i została oddana do użytku w 1926 roku, a w 1936 roku przedłużona do Santa Monica. Jej całkowita długość to 3939 km.





Innym miejscem godnym polecenia jest promenada biegnąca w ciągu 3rd Street, na której znajdują się liczne kawiarnie, restauracje, a także kluby nocne i dyskoteki. Promenada to także ciąg sklepów i butików.


Santa Monica to przede wszystkim plaża z mnóstwem domków ratowników i ciągnącym się kilka kilometrów deptakiem, na którym rozkładają się różnorodne kramy i artyści. To także miejsce wypoczynku i rekreacji, gdzie uprawia się sporty wodne, a także ćwiczy jogę czy gra w siatkówkę.


Gdy chcemy odpocząć na plaży naszą uwagę zwraca piasek, który bardziej przypomina rzeczny niż morski. Z ciekawości zaglądamy jeszcze do Malibu i Long Beach, które słyną z modnych plaż.


Pojechaliśmy tam tylko po to, aby skonfrontować nasze wyobrażenia z rzeczywistością. Malibu stało się przystanią dla wielu znanych i zamożnych ludzi z całego świata.




Miasto nie zachwyca. Oprócz plaży i schowanych za krzewami przed ciekawskimi turystami rezydencji, ma niewiele do zaoferowania. Na nas nie zrobiło wrażenia, chociaż to odczucie subiektywne.



Long Beach podobnie. W zasadzie to portowe miasto z plażą ciągnącą się od Queensway Bay do Seal Beach.




Przy jednym z nabrzeży zacumowany jest brytyjski liniowiec pasażerski Queen Mary.


Podsumowując, Los Angeles nie zachwyca. Na próżno szukać wzorem innych amerykańskich miast godnego uwagi "downtown" czy majestatycznych drapaczy chmur. Betonowe autostrady i trasy szybkiego ruchu spinające dzielnice miasta, na których co chwilę odbywają się pościgi policyjne, są wiecznie zakorkowane.

Największym rozczarowaniem było właśnie centrum miasta - Downtown. Na palcach jednej ręki można policzyć drapacze chmur, nie ma turystów, a całe życie towarzyskie ogranicza się do dwóch przecznic i kończy około 22:00, kiedy ostatni goście restauracji wychodzą do domu. Śródmieście Los Angeles to miejsce, w którym się pracuje, a nie mieszka; które wieczorem zamiast błyszczeć, zamiera. Rozczarowuje Hollywood, które jest bardzo przereklamowane, jak również Beverly Hills.

Nasze humory poprawiła Santa Monica. Będąc w Los Angeles więcej niż dwa dni polecamy podróż drogą lądową do sąsiedniego stanu - Newady i miasta kasyn Las Vegas, z czego sami skorzystaliśmy, lub też wybrać drogę lotniczą i odwiedzić San Francisco.

Tomasz Szymczewski
fot. Tomasz Szymczewski
Reklama

Ostatnie komentarze

 - Profil gość
gosc_64c89 2012-05-30 01:50   
gosc_64c89 - Profil gosc_64c89
ale mnie zniechęciliście tym materiałem do wizyty w Los Angeles. A tak chciałam zobaczyć miasto aniołów. jednym słowem szkoda kasy na taką wyprawę.
mietek 2012-05-29 15:54   
mietek - Profil mietek
Co do LA to ja miałem takie same odczucia. Za to SF rewelacja! Do tego przelot na pokładach Virgin America;-)
domin85m 2012-05-27 20:39   
domin85m - Profil domin85m
A mnie tam w Chicago i okolicach się podobało, zwłaszcza od strony lotniczej: od rana do późnego wieczora "sznur" samolotów na podejściu na O'Hare znikający dopiero gdzieś daleko nad Michigan - do tej pory niezapomniany widok, jak rónież widok B767 LOT-u "on final approach", ponadto niezliczona ilość w powietrzu wszelkich MD-80/90 i innych "tylnosilnikowych" i "T-usterzonych" (lubię ten typ samolotów) ;), ogrom terminali na ORD (a jednocześnie prostota poruszania się po takim T5), do tego niesamowite nocne pobudki przez startujące Jumbo i inne "heavy", a ilości startów i lądowań (w tym bizjetów) na Palwaukee nasze lotniska aeroklubowe czy regionalne mogą tylko pozazdrościć (o ruchu na ORD i MDW nie wspominam).....podsumowując - pobyt w Chicago i okolicach do dziś kojarzy mi się z chmarą wszelkiej maści samolotów nad głową, a takie "klimaty" akurat uwielbiam :) Pozdrawiam wszystkich Pasażerów i maniaków lotnictwa ;)
 - Profil gość
Kup bilet Więcej
Rezerwuj loty
dorośli
(od 18 lat)
młodzież
(12 - 18 lat)
dzieci
(2 - 12 lat)
niemowlęta
(do 2 lat)
Wypożycz samochód
Rezerwuj hotel
Wizy
Okazje z lotniska
Okazje pasażera
Reklama