×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Felieton: Mikosz nie chciał być marionetką


Rezygnacja Sebastiana Mikosza to zła wiadomość dla LOT-u. Prezes linii odchodzi, bo nie chciał być marionetką w grze, którą z inwestorem zainteresowanym LOT-em prowadzi resort skarbu. Teraz przewoźnika czeka kilkumiesięczna inercja.

Sebastian Mikosz przesłał list o rezygnacji z prezesury LOT-u do przewodniczącego rady nadzorczej w poniedziałek (17.8) wieczorem. Oficjalnie decyzja została potwierdzona we wtorek. Pasazer.com informował o tym jako jeden z pierwszych, opublikowaliśmy również długie fragmenty listu, w którym Mikosz uzasadniał swoją decyzję. 

Sytuacja, która doprowadziła do rezygnacji Mikosza, to kolejny dowód na to, jak szkodliwe może być sterowanie spółkami państwowymi dyktowane kalendarzem wyborczym. Rząd, obawiając się kolejnej po PKP Energetyce kontrowersyjnej sprzedaży tuż przed wyborami, postanowił przeciągnąć proces. Mikosz - słusznie - uznał, że on takiej zabawy w ciuciubabkę firmować nie będzie. Jednak bez niego szanse na prywatyzację, i tak już osłabione przez działania MSP, zmalały niemal do zera. Polityczne tchórzostwo władz zaszkodzi linii i całej polskiej gospodarce.

Władze resortu w skandaliczny sposób zniweczyły nie tylko dwa lata pracy Mikosza i całej rzeszy pracowników LOT-u, ale także starania swoich poprzedników - szczególnie wiceministra Rafała Baniaka, który osobiście nadzorował zmiany w Locie, ale także ministra Włodzimierza Karpińskiego. 

Mikosz zmienił LOT

Gdy Mikosz w lutym 2013 r. wracał do LOT-u na stanowisko prezesa, opinie na jego temat były podzielone. Wielu pamiętało jego konflikty z pracownikami oraz nieudaną restrukturyzację za pierwszej jego prezesury. 

Sporo osób nie do końca wierzyło w zapowiedzi Mikosza, który po ok. półtora roku pracy w Locie - jego pierwszym zawodowym kontakcie z branżą lotniczą - deklarował wszem i wobec przywiązanie do tego sektora, a nawet pisał o nim książki. 

Także piszący te słowa nie był całkiem przekonany, czy znajdujący się w najgłębszym kryzysie w swojej historii LOT potrzebuje wchodzić po raz drugi do tej samej rzeki. Mikosz jednak okazał się nie tylko sprawnym menedżerem - co podkreśla wiele osób w firmie, stał się jej liderem na trudny czas. Udało mu się przekonać do swojego pomysłu na tę spółkę większość pracowników. Mimo tego, że restrukturyzacja wiązała się ze zwolnieniami i bolesnym pogorszeniem warunków zatrudnienia, nawet związki zawodowe nie protestowały zbyt głośno. 

Mikosz nie ustrzegł się błędów. Nie potrafił dogadać się z Eurolotem; dwie państwowe linie niemal do samego końca miały stosunki łączące współpracę z konkurencją i chaosem. Nie uporządkował wszystkich działów firmy - wciąż zdarzały się sytuację, że dział handlowy promował jakąś trasę, a dział operacyjny dzień później ogłaszał jej zamknięcie. Trudno też na tym etapie ocenić, na ile trwałe są fundamenty finansowe pozostawione przez Mikosza. 

Jednak trudno zaprzeczyć, że przez ponad dwa lata Mikosz całkowicie odwrócił losy LOT-u. 

Gdy po raz drugi obejmował stanowisko w lutym 2013 r., LOT był w fatalnej sytuacji. Spółka dopiero co zwróciła się o nawet miliard złotych wsparcia publicznego, Dreamlinery były uziemione, a perspektywy udanej restrukturyzacji - co przyznają nieoficjalnie nawet przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa - bardzo małe. 

Teraz Mikosz zostawia LOT, który odzyskał rentowność i po raz pierwszy od siedmiu lat zanotował zysk operacyjny. Strata netto - często podawana przez krytyków prezesa jako dowód na to, że jedynie pozoruje sukces restrukturyzacji - jest wynikiem działań czysto księgowych i nie wpływa na realny przepływ gotówki. A w tym i kolejnych latach LOT powinien mieć już całkowity wynik na plusie. Pomoc publiczna, choć i tak była duża i sięgnęła niemal 600 mln zł, była wyraźnie mniejsza niż ok. 800 mln zł, na które zgodziła się Komisja Europejska - a pieniądze te, o ile LOT utrzyma się na rynku, wrócą do budżetu dzięki podatkom i wpływom od przyjezdnych.

Warto także pamiętać o tym, że Komisja Europejska niezwykle rygorystycznie ocenia pomoc publiczną. Jeśli urzędnicy w Brukseli wydali na nią zgodę, to oznacza, że dostrzegli większą wartość w utrzymaniu LOT-u.

LOT stał się też po prostu lepszą linią. Ma lepiej zbudowaną siatkę połączeń, dogodniejsze przesiadki i mocniejszy hub w Warszawie (który, dzięki rebrandingowi części terminala, zaczął wreszcie wyglądać jak hub). Przewoźnik zmienia wystrój kabin, przejął też salon biznesowy "Polonez" na Lotnisku Chopina, gdzie nareszcie pojawiła się niewielka, ale na dobrym poziomie poczekalnia "Elite". 

Bez inwestora restrukturyzacja się nie uda

Jednak by zakończyć sukcesem cały proces zmian, potrzeba więcej niż tylko chwilowej rentowności. Mikosz podkreślał to od początku - w dłuższej perspektywie LOT potrzebuje inwestora. Nowe samoloty, połączenia czy produkty wymagają inwestycji. Spółki samej na to nie stać, nawet po odzyskaniu zyskowności. Państwo - nawet gdyby chciało - prawnie nie może wspierać linii. Pozostaje kapitał zewnętrzny. 

To było najtrudniejsze zadanie Mikosza. Od samego początku prezes LOT-u sam latał po świecie i spotykał się z inwestorami. Znalazł ich ok. 50, z tego kilku przeszło na kolejny etap badania finansów linii (due dilligence). Mało kto wierzył, że znajdzie się prywatna spółka gotowa wyłożyć kapitał na linię lotniczą w Europie, gdzie ich marżę są najniższe. 

W końcu Mikoszowi udało znaleźć się inwestora idealnego. Fundusz Indigo Partners łączy cechy inwestora finansowego i branżowego, a jego szef, William Franke, ma długą historię udanych inwestycji w lotnictwie. Oczywiście, nie brakowało wątpliwości - chociażby związanych z tym, że Indigo jest też udziałowcem Wizz Aira i mogło nie mieć do końca czystych intencji wobec LOT-u. 

Krytykowano też wysokość oferty - 70 mln dolarów, czyli ok. 260 mln zł. Wskazywano, że IAG przejmuje Aer Lingusa, spółkę tylko ok. dwa razy większą niż LOT, za 1,4 mld euro. Aer Lingus to jednak stabilna, giełdowa spółka. LOT powinien porównywać się raczej z CSA (Korean Air zapłacił 2,6 mln euro za 44 proc. akcji) czy TAP Portugal (10 mln euro za 61 proc. udziałów). 

Zarówno krytyka samego inwestora, jak i wysokości oferty, pomijają podstawowy fakt - LOT nie ma wyboru. Indigo Partners jest jedynym chętnym, a znalezienie innego (zwłaszcza bez determinacji Mikosza) będzie bardzo trudne. Jeszcze mniej pewne jest pozyskanie kapitału przez giełdę. Sprzedaż funduszowi była w tej chwili jedyną szansą na zapewnienie rozwoju LOT-u.

Apatia w spółce

Rezygnacja Mikosza sama w sobie dla wielu osób osłabia pozycję spółki. Ale chyba nawet ważniejszy jest kontekst i konsekwencje tej decyzji.

Wśród pracowników LOT-u (co usłyszeliśmy z kilku związanych ze spółką źródeł) od kilku miesięcy zaczął panować znacznie lepszy nastrój. Załoga linii czuła, że choć wciąż pozostało dużo do zrobienia, jest szansa, by LOT zaczął się wreszcie rozwijać, a nie zwijać. Odczucia te potwierdziły informacje o zaawansowanych negocjacjach z Indigo.

Jednak minister skarbu Andrzej Czerwiński 13 sierpnia napisał do Indigo, że choć MSP nadal jest zainteresowane sprzedażą, to musi przeprowadzić dodatkowe analizy i na pewno nie zakończą się one w tej kadencji. W praktyce - przekazał inwestorowi, że na razie może zapomnieć o kupnie LOT-u. Indigo wprawdzie odpisało, że chętnie będzie kontynuować rozmowy, ale równocześnie jego prezes dodał, że postępowanie MSP jest "niezrozumiałe", "niespójne" i "ignoruje osiągnięcia wielomiesięcznych negocjacji". 

A od tego czasu zarówno premier Ewa Kopacz, jak i kandydatka opozycji na ten urząd Beata Szydło wypowiedziały się sceptycznie o prywatyzacji. Kopacz uznała, że LOT ma pozostać "polską linią", cokolwiek to znaczy, a Szydło otwarcie sprzeciwia się sprzedaży. 

To larum o "wyprzedaży sreber rodowych" pokazuje, jak fatalnie polskie państwo zarządza majątkiem. Własność państwowa, doskonale sprawdzająca się w wielu sektorach i w dojrzałych politycznie krajach, w przypadku LOT-u może stanowić dla tej linii gwóźdź do trumny. 

Po rezygnacji Mikosza i fiasku rozmów z Indigo w spółce znowu zapanuje marazm. Do wyborów niemal na pewno nie uda się znaleźć właściwego następcy prezesa - żaden specjalista z zewnątrz nie przyjdzie na to stanowisko, mając przed sobą perspektywę wyborów i ryzyko politycznej miotły w spółkach skarbu państwa. Być może władze obejmie ktoś z obecnego zarządu spółki, ale to z kolei pozostawi lukę na innym stanowisku i będzie jedynie rozwiązaniem tymczasowym.

Dopiero po wyborach LOT może zyskać prezesa "na stałe". Jeśli do władzy dojdzie sprzeciwiający się prywatyzacji PiS, prawdopodobne jest, że również szef linii lotniczej nie będzie szukał prywatnego inwestora. 

Tylko że to nie jest kwestia polityczna. O trybie prywatyzacji, warunkach, cenie można dyskutować. Ale z samym faktem, że LOT potrzebuje kapitału, a ten może pochodzić jedynie od inwestora prywatnego nikt, kto zna się na rynku lotniczym, nie może polemizować. 

I jeśli za kilka lat LOT znów popadnie w tarapaty finansowe, a państwo nie będzie już go mogło wtedy legalnie wesprzeć, warto będzie wspomnieć straconą szansę na prywatyzację w 2015 r.



gość_70cbf - Profil
gość_70cbf
  

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!

Wylot z:

Przylot do:

  • Data wylotu:

  • Data powrotu:

Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie