Pliki cookies
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub



10/02/2017 12:31

LOT-em do Lwowa

Lwów - miasto utracone, gloryfikowane, idealizowane zwłaszcza w opowieściach tych, którzy musieli je opuścić i nigdy nie dane im było lub nie chcieli doń wrócić bojąc się bólu i rozczarowania. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi ze Lwowa, ale wychowałem się w śląskim mieście, do którego po wojnie wraz z Politechniką Lwowską przesiedlono sporą część tamtejszej inteligencji. W poniemieckich Gliwicach Lwów był siłą rzeczy zawsze obecny.

Ostatnio coraz częściej jeżdżę na wschód, po krajach bałtyckich przyszedł czas na Ukrainę. Początkowo planowałem lecieć przez Kijów i skorzystać z długiej przesiadki, żeby zobaczyć miasto, ale ostatecznie stanęło na bezpośredniej podróży LOTem. Na szczęście na niedługo przed wyjazdem pogoda osiągnęła stan wymarzony na zimowy city break czyli spadło sporo śniegu i chwycił mróz. Wiele osób nie decyduje się na zimowe wyjazdy, a jeśli już to w zdecydowanie cieplejszych kierunkach, ja uwielbiam zaśnieżone miasta, ciepłą herbatę w klimatycznej knajpce, padający śnieg, białe krajobrazy z okna samolotu, zima ma swój niezaprzeczalny urok.

Jako że wylot mamy o 12:55 i nie jest to godzina szczytu, na Okęciu panuje względny spokój. Niestety ilość czynnych stanowisk kontroli bezpieczeństwa i paszportowej pozostawia wiele do życzenia, kolejki przypominają momentami te z porannej fali odlotów.
Mamy spory zapas, kolejki choć nużące nie grożą nam spóźnieniem na rejs. Strefa non Schengen ma za to tę zaletę, że można w odpowiednim momencie trafić na nieco większe i rzadsze maszyny.
Czas na boarding do naszego Embraera 175. E-jety nie należą do moich ulubionych samolotów, ale na krótszych trasach są o niebo lepsze od Bombardierów Q400, szybsze i cichsze.
Na pokładzie trzyosobowy skład, z przodu bardziej doświadczony szef pokładu, z tyłu młody steward i stewardessa. Zawsze myślałem, że młodzież jest szansą na poprawę wizerunku personelu pokładowego LOTu, ale albo mam tym razem pecha, albo niestety czas pozbyć się złudzeń. Przez cały boarding, kołowanie i resztę rejsu mimowolnie słuchamy opowieści o zerwanych związkach i innych osobistych sprawach załogi, zupełnie jakby w samolocie nie było pasażerów albo byli jedynie dodatkiem do towarzyskiej pogawędki. Rozumiem, że ta praca może być na dłuższą metę zwyczajnie nudna i że fajnie czasem pogadać, ale to, co widziałem i słyszałem miało się nijak do szkoleń młodego personelu, którymi tak chwalono się w serialu "Operacja LOT".

Podczas kołowania kilka ciekawostek z płyty postojowej: E-190 Bora Jet, CRJ-900 latający dla LOT/Nordica i A320 Wizz w specjalnym malowaniu.
Chwilę po starcie można już podziwiać zimowe krajobrazy
Połączenie do Lwowa cieszy się raczej sporym zainteresowaniem, w samolocie są jedynie pojedyncze wolne miejsca
W ramach akcji "gorąca zima" oprócz standardowej wody można bezpłatnie napić się też kawy lub herbaty. Mała rzecz a cieszy.
W miarę jak zbliżamy się do Lwowa na dole robi się ku mojej wielkiej radości jeszcze bardziej zimowo
Pierwsze, co rzuca się w oczy zaraz po wylądowaniu to dość sporych rozmiarów nowy terminal pasażerski. Trzeba przyznać, że zbudowany i wykończony na światowym poziomie, jedynie trochę za duży jak na panujący we Lwowie ruch, stąd też miejscami niedogrzany i po prostu pusty.
Podczas kontroli paszportowej pani celniczka pyta mnie, po co przyjechałem do Lwowa i robi minę pełną zdziwienia, kiedy odpowiadam, że chcę zwiedzić miasto... W punkcie informacji dostajemy darmowy plan miasta i dowiadujemy się, że do centrum możemy dojechać marszrutką nr 48, która odjeżdża co 10 minut. Pan na przystanku nie jest aż takim optymistą, mówi, że autobus jeździ rzadko i lepiej wziąć taksówkę. Czekamy jednak jeszcze chwilę mimo 10-stopniowego mrozu i autobus rodem z lat 80 wreszcie się pojawia. W środku nie działa ogrzewanie, jest więc niewiele cieplej niż na zewnątrz, ale bilet kosztuje 4 hrywny czyli niecałe 60 groszy...
Na nasz pobyt we Lwowie celowo wybraliśmy hotel, który sam w sobie jest atrakcją. Hotel "George" istnieje od 1793 roku, choć obecny kształt budynkowi nadano na początku XX wieku. W ciągu swojej długiej historii gościł takie sławy jak Balzac, Kiepura czy Piłsudski, po wojnie nieco podupadł, żeby w ostatnich latach znowu stopniowo odzyskiwać dawny blask. Wewnątrz można z łatwością dostrzec ślady wszystkich epok, zdecydowanie najpiękniejszy jest główny hall i klatka schodowa.
Wprost z hotelu wychodzimy na Plac Mickiewicza ze słynnym pomnikiem Wieszcza
Jedynie parę kroków dalej rozpościera się lwowska starówka. Zacznijmy od rynku, który szczelnie wypełnia ogromny ratusz
Otaczają go dobrze zachowane barokowe i renesansowe kamienice, w dużej mierze odnowione w ostatnich latach
Lwów to oczywiście kościoły, w tym najważniejszy czyli tak zwana Katedra Łacińska ufundowana przez Kazimierza Wielkiego
Rzeczywistość wielu lwowskich muzeów może nas nieco przytłoczyć. Ceny biletów są niskie, a w środku znajdziemy dzieła wybitnych polskich malarzy czy wspaniałe zabytkowe wnętrza, jednak większość ekspozycji trąci Związkiem Radzieckim, obsługa jest w znany nam z czasów komunizmu sposób okropnie niemiła, a wnętrza są często nieogrzewane, przez co szatnia jest zbędna, a widok pani pilnującej eksponatów w pełnym rynsztunku popijającej herbatę z termosu nikogo nie dziwi.
Warto zajrzeć do kamienicy królewskiej na rynku, zwłaszcza żeby za 2 hrywny (30 groszy) zobaczyć piękny renesansowy dziedziniec zwany często małym Wawelem. Lwowski zamek, o czym za moment, popadł w ruinę po potopie szwedzkim. Funkcję rezydencji królewskiej przejęła okazała kamienica wybudowana w stylu renesansowym przez Konstantego Korniakta.
We Lwowie jest góra zamkowa z usypanym w XIX wieku kopcem Unii Lubelskiej, ale właściwie bez zamku, z którego ostał się jedynie fragment muru. Warto jednak wdrapać się na szczyt, żeby zobaczyć piękną panoramę starego miasta.
Przed wojna prawie 1/3 ludności miasta stanowili Żydzi korzystający z 20 synagog. Dziś jedyna pozostałość żydowskiej historii Lwowa to ekspozycja jedynej zachowanej ściany synagogi Złota Róża wraz tablicami pamiątkowymi. Całość nosi nazwę "Przestrzeń synagog".
Ze względu na różnice w kalendarzu, połowa stycznia to na Ukrainie okres świąt Bożego Narodzenia. W wielu miejscach można natrafić na świąteczne jarmarki z całkiem dobrym jedzeniem czy niedrogimi pamiątkami.
Nie przepadam za operą, bardzo chciałem jednak zobaczyć wnętrze słynnej Opery Lwowskiej. Szczęśliwym trafem grano akurat Straszny dwór, a bilet z niezłym widokiem kosztował jedyne 20 zł, więc takiej okazji nie można było przepuścić.
Na koniec pobytu zostawiliśmy sobie dwa słynne cmentarze: Orląt i Łyczakowski, które w zimowej scenerii prezentowały się wyjątkowo pięknie.
W drodze powrotnej na lotnisko wybraliśmy taksówkę. Jak już pisałem, nowy terminal zbudowany został nieco na wyrost w stosunku do obecnego ruchu pasażerskiego.
Ze strefy odlotów jest dobry widok na płytę postojową i pas startowy.
Amatorzy zakupów wolnocłowych nie będą mieli na lotnisku we Lwowie zbyt dużego wyboru, jako że działa tam tylko jeden sklep. Ceny, jak zresztą wszędzie ze względu na słaby kurs hrywny, są dla Polaków bardzo przystępne, a puszka 0,5 l dobrego piwa "Lwiwskie" kosztuje jedynie 0,60 euro, czyli o całe 0,10 euro mniej od butelki wody mineralnej :)

Wśród odlatujących samolotów jest i ciekawostka w postaci rejsu linii Sprint Air do Radomia
Na pokładzie Embraera 175 do Warszawy analogiczna sytuacja jak w rejsie do Lwowa: miła szefowa pokładu i dwójka rozgadanych dzieciaków z tyłu, którym pasażerowie zdawali się przeszkadzać. Dobrze, że rejs trwał niewiele ponad 40 minut, fotele w Embraerze są wygodne, a widoki z okna takie jak lubię.
Podsumowując: do Lwowa na pewno warto polecieć unikając tym samym długiej jazdy po niebyt dobrych drogach i nieprzewidywalnych kolejek na granicy. Samo miasto, choć przepiękne, napawa nieco smutkiem porównywalnym zapewne do tego, który odczuwają Niemcy we Wrocławiu. Ja wiele razy czułem się we Lwowie jak w dobrze mi znanym polskim mieście, na przykład w Krakowie. Wizyta na Ukrainie to moim zdaniem także doskonała okazja, żeby docenić zmiany, jakie zaszły w Polsce od upadku komunizmu. Naprawdę nie powinniśmy narzekać, nasi wschodni sąsiedzi nie mieli tyle szczęścia.

Pozdrawiam,

loukas

1734 wyświetlenia


<>

Komentarze


Dzięki za wpis. Lwów jest na mojej liście wypadów weekendowych od jakiegoś czasu, ale jakoś do tej pory nie udało mi się tam wybrać. I jak widzę zima nadaje Lwowowi dodatkowego uroku.
10/02/2017 13:15
Lwów jest ogromnie popularny, LOT czasami lata tam na 737, a od nowego sezonu 737 będzie podobno na stałe wprowadzony na jedno z dwóch dziennych połączeń ( drugie na 195!). Miasto jest piękne, pełne ślicznych kawiarni i restauracji, a i warto obejrzeć spektakl w operze! Warto!
10/02/2017 14:41
Też mam bardzo miłe wspomnienia ze Lwowa. Miasto bardzo ładne, ma wiele niezłych restauracji i kawiarenek. Ludzie bardzo sympatyczni, nie ma problemu porozumieć się po polsku. A do tego wszystko było bardzo tanie.
11/02/2017 21:53
Jak widzę zwiedzasz Kresy - wcześniej znakomita relacja z Wilna, teraz Lwów. Ja sam planuję wyjazd do Wilna, po Twojej relacji bardzo też zainteresowałem się Lwowem i faktycznie, wydaje się że podróż lotnicza jest najlepszym rozwiązaniem.
13/02/2017 10:11
Kresy są super :) Planuję wrócić na Ukrainę i korzystając z bezwizowego wjazdu na 5 dni, wybrać się na Białoruś. Co do podróży, to moim zdaniem nie warto męczyć się samochodem czy autobusem, zwłaszcza że granica to jednak zawsze wielka niewiadoma.
14/02/2017 11:41
Komentowanie dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
<>