Pliki cookies
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub



15/12/2016 15:45

Chorwacja i Czarnogóra LOT i Croatia Airlines

Długo odkładałem ten wpis, bo brakowało czasu, bo mi się nie chciało, bo, bo, bo... Kiedy teraz, w szary grudniowy dzień, przeglądam zdjęcia z mojej wakacyjnej eskapady, mam jednak wrażenie, że to odkładanie nie wyszło mi na złe: warto wrócić do wakacyjnych wspomnień o tej porze roku, żeby poprawić sobie nastrój, powspominać i zaplanować kolejne wypady w ciepłe kraje.

Nie wybierałem się w tym roku do Chorwacji, miała być Sycylia z jednodniowym wypadem samolotem na Maltę. Po przeanalizowaniu jednak dostępnych ofert i zdecydowaniu, że po raz kolejny NIE skorzystam z usług pewnej różowej linii, która podzieliła swego czasu bagaż podręczny na mały i duży, zdecydowałem o zmianie kierunku. Tym bardziej, że w Chorwacji nie byłem już dawno, w Czarnogórze nigdy, zawsze chciałem za to polecieć Croatia Airlines, a bilet Warszawa-Zagrzeb-Split-Zagrzeb-Warszawa z wliczonym bagażem rejestrowanym kosztował 700 zł. Do tego nigdy nie byłem w Zagrzebiu, a lot powrotny dawał prawie 7-godzinną przesiadkę i nadzieję na przynajmniej szybkie zwiedzanie miasta. Gorzej z lotem do, bo czas na przesiadkę to jedynie godzina, która przy regularnych opóźnieniach LOTu, mogła bardzo się skurczyć (tak się też stało, ale o tym później). No nic, no risk, no fun.

Nadszedł długo wyczekiwany dzień wyjazdu, walizki spakowane, jedziemy na Okęcie. Nadajemy bagaż do Splitu, jak zawsze (taka moja paranoja) patrzę na taśmę naklejaną na walizkę, czy aby na pewno widnieje na niej "SPU via ZAG". Wszystko tak jak trzeba, idziemy do kontroli bezpieczeństwa, gdzie zostajemy przekierowani do "starego" terminala, gdzie ponoć jest mniejsza kolejka. Rzeczywiście czekamy tylko chwilę, a kontrolujący są uprzejmi, co w Warszawie jest nowością i oby stało się normą.
Chorwacja w 2013 roku należy do Unii Europejskiej, nie jest jednak członkiem Shengen, musimy więc przejść kontrolę paszportową. Niestety moje obawy dotyczące opóźnienia się sprawdzają: samolot, którym mamy lecieć do Zagrzebia, późno przylatuje z poprzedniego rejsu i nasz odlot się opóźnia o dobre 40 minut (przy bramce miła pani zapewnia mnie jednak, że powinniśmy zdążyć na przesiadkę).

Do Zagrzebia lecimy Bombardierem Q400. Lubię te samoloty, ale przy dłuższych rejsach wibracje od śmigieł i hałas dają się we znaki. Poza tym jest to samolot zupełnie nieodporny na turbulencje, przez co nawet najmniejsze trzęsienie jest wyraźnie odczuwalne.
Wypełnienie samolotu wygląda przyzwoicie, a większość pasażerów chyba jednak nie jedzie na wakacje, więc dosyć dobrze wróży to temu połączeniu także poza sezonem letnim.
Poza standardowym serwisem (woda + wafelek) zamawiamy po buteleczce prosecco, żeby uczcić początek urlopu. Trzeba przyznać, że jest całkiem niezłe.
Przelatujemy nad Dunajem w okolicach Wiednia oraz nad przedgórzem Alp. Pogoda jest cały czas wyśmienita, a widoczność wręcz wymarzona.
Do Zagrzebia zbliżamy się z ponad 30-minutowym opóźnieniem. Biorąc pod uwagę czas przejazdu autobusem do terminala i kontrolę paszportową, szanse na przesiadkę mamy nikłe. Jest wprawdzie kolejny lot do Splitu pól godziny później, ale wykonywany również przez Q400, czego chciałbym uniknąć. Ciśnienie mam 200!
Lądujemy, przesiadamy się do autobusu, którym dojeżdżamy do terminala. Kontrola paszportowa jest sprawna, ale ... czeka nas mała niespodzianka: otóż nie ma bezpośredniego połączenia do strefy odlotów i musimy po raz kolejny przejść kontrolę bezpieczeństwa... ręce mi opadły, ale nie poddaliśmy się i zdyszani dopadliśmy do bramki, która teoretycznie powinna być już zamknięta, a okazuje się, że boarding nawet się nie zaczął. No tak, jesteśmy przecież na południu Europy, do tego u braci Słowian, mój stres okazał się niepotrzebny.

Po chwili zaczyna się boarding i bez pośpiechu zostajemy przewiezieni autobusem do Airbusa A319 Croatia Airlines.
Na pokładzie wita nas bardzo przyjemna załoga, wszyscy serdeczni u uśmiechnięci. Samolot nie jest najnowszy, ale jego wnętrze prezentuje się bardzo dobrze: nowe fotele Recaro, ekraniki w suficie, jest czysto i dużo miejsca na nogi.
Samolot wypełniony jest może w 60%. W kieszeni fotela standardowo: instrukcja bezpieczeństwa, magazyn pokładowy i katalog SkyShop.
W magazynie trochę faktów na temat floty przewoźnika
Kołowanie, obok A320 Croatia Airlines
Tuż po starcie, pod nami rzeka Sawa, nad którą leży Zagrzeb. Pierwsze wrażenie? A319 w porównaniu z Q400 jest najcichszym samolotem na świecie.
Po osiągnięciu wysokości przelotowej rozpoczyna się serwis w postaci kubka wody.
Po około 20 minutach od startu zaczynamy schodzić do lądowania, a za oknem pojawiają się widoki, na które czekałem.
Pas startowy w Splicie nadaje się już chyba do czyszczenia ;)
Lotnisko w Splicie jest ciasne i duszne, a na bagaże czekamy całe wieki. Następnie wsiadamy do autobusu firmy Pleso, który w 30 minut zawozi nas na dworzec autobusowy w centrum miasta.

SPLIT

Stolica Dalmacji może pochwalić się bodaj jedynym tego typu zabytkiem na świecie: starożytnym pałacem cesarza Dioklecjana, w który wbudowało się późniejsze średniowieczne miasto zamieniając korytarze w ulice, a komnaty w place.

Widok ściany pałacu wkomponowanej w kamienice przy nabrzeżu
Dziedziniec Pałacu zwany Perystylem, który stanowi obecnie miejski plac
Co ciekawe, mauzoleum Dioklecjana, zaciekłego wroga chrześcijan, zamieniono na kościół. Katedra Św. Duje łączy w sobie cechy architektury starożytnej i średniowiecznej.
Warto zajrzeć też do znajdującej się opodal świetnie zachowanej świątyni Jowisza, która przetrwała wkomponowana w budynki starego miasta. Wewnątrz zachował się autentyczny kasetonowy sufit.
Panorama starego miasta z nabrzeża
Tuż obok pałacu Dioklecjana znajduje się miejski bazar, na którym warto kupić świeże owoce i warzywa.
Z żalem opuszczam Split, bo to moje ulubione chorwackie miasto i kieruję się na południe do miasta Makarska stanowiącego główny kurort tej części wybrzeża.

MAKARSKA

Miasto dosyć zatłoczone, pełne wszelkiej maści badziewia i turystów (głównie z Polski), ale też jedno z najpiękniej położonych w basenie Morza Śródziemnego. Nad całą riwierą góruje masyw Biokovo.

Stary port
Widoki z klifów na południe od miasta. Te zdjęcia naprawdę poprawiają mi humor w grudniowe dni. Gdyby udało się jeszcze poczuć ten zapach morza i rozgrzanych od słońca sosen...
To zdecydowanie moje ulubione zdjęcie i wspomnienie z wakacji.
Czas kończyć kilkudniowe lenistwo na plażach i klifach Riwiery Makarskiej. Ruszamy na południe.

DUBROWNIK

Perła Adriatyku, mekka turystów zewsząd, wita nas załamaniem pogody. Z położonego nad portem hotelu możemy obserwować wał szkwałowy. Burza trwa kilka godzin i praktycznie odcina nas od świata. Leje, wieje, grzmi i wieczór musimy spędzić w pokoju z pięknym widokiem.
Na szczęście następnego dnia rano pogoda dopisuje. Kupujemy 1-dniową kartę uprawniającą do wejść do niemal wszystkich muzeów i dającą darmowy przejazd komunikacją miejską i ruszamy na starówkę. Najpierw jednak obowiązkowy wjazd kolejką linową na wzgórze, z którego roztacza się panorama starego Dubrownika. Nasza karta nie obejmuje wjazdu, który kosztuje ponad 60 zł, ale naprawdę warto. Widok zapiera dech.
Na stare miasto warto poświęcić cały dzień. Najprzyjemniej jest wcześnie rano i od późnego popołudnia, kiedy wyjadą jednodniowe wycieczki.

Główna ulica starówki - Stradun
Dubrownik najlepiej poznawać z murów miejskich, szybki spacer trwa ponad godzinę, spokojny niemal dwie. Wrażenia i widoki niezapomniane.

Studnia Onufrego

Stary port
To moja druga wizyta w Dubrowniku, ale dopiero tym razem udaje mi się zwiedzić niemal wszystko: Pałac Rektorów, klasztor Franciszkanów, muzeum morskie, niemal wszystkie kościoły. Po raz pierwszy udaj mi się też zobaczyć Dubrownik po zmroku.
Z Dubrownika ruszamy do Czarnogóry. Droga wiedzie wzdłuż niestety zachmurzonego wybrzeża i obejmuje przymusowy postój na granicy, kontrolę paszportową, wbijanie pieczątek... słowem można docenić Shengen. Naszym celem jest Kotor, do którego dojechać można jedynie objeżdżając wcześniej całą Zatokę (bokę) Kotorską. Po 4 godzinach od wyjazdu z Dubrownika wysiadamy ledwo żywi.

KOTOR

W Czarnogórze jest dziwnie. Trochę chorwacko, ale przeważnie jednak jugosławiańsko. Sam Kotor to mały Dubrownik, piękne fortyfikacje, plątanina uliczek, sklepiki, knajpki, uroczo i klimatycznie. Walutą jest...euro. Ceny europejskie. Dworzec autobusowy przypomina, że jesteśmy na Bałkanach: w toalecie brak światła, ale opłatę w wysokości 0,50 euro wnieść trzeba.

Fortyfikacje miejskie, powyżej widoczna twierdza
Główny plac starego miasta
Specjalnością Kotoru są wielkie wycieczkowce, które obowiązkowo w liczbie sztuk 2 codziennie nawiedzają miasto zalewając je tłumami turystów.
Będąc w Kotorze trzeba koniecznie wspiąć się na twierdzę, nawet jeśli jest to momentami niebezpieczne, bo mamy do czynienia z ruiną, za wstęp do której pobierana jest opłata, mimo, że napisy informują nas, że wchodzimy na własne ryzyko. Widok miasta, zatoki i statków gwarantowany. Boka Kotorska jest ponoć najbardziej na południe wysuniętym fiordem. Ja cały czas mam wrażenie, że jestem nad jeziorem i tylko te statki trochę mi nie pasują ;)
Kotor nazywam w myślach Kociorem, bo to miasto kotów, którym wolno tutaj absolutnie wszystko.
Z Kotoru wracamy do Spiltu autobusem, jedyne 7 godzin z postojami na granicy chorwackiej i bośniackiej na odcinku Dubrownik - Split. Ze Splitu jedziemy do uroczego Trogiru, skąd blisko jest na lotnisko, co przy wylocie o 6:15 ma niebagatelne znaczenie.

TROGIR

Kolejna perełka na naszej trasie. Miasto założone jako kolonia grecka (Traugirion), obecnie w pełni zasłużenie na liście zabytków UNESCO. Minusem jest niestety ilość turystów i kramów z wątpliwej jakości i urody pamiątkami.

Widok z bastionu
Wieża zegarowa
Do Zagrzebia wylatujemy o 6:15 pierwszym tego dnia rejsem z lotniska w Splicie. Po kilku godzinach snu i 10 minutach jazdy autobusem docieramy do przyjemnie wyglądającego terminala, który wewnątrz jest jednak ciasny i pozbawiony wygód. Lotnisko o 4 rano jest całkiem uśpione i dopiero w okolicach 5 budzi się do życia. Odprawiamy się w self check-inie i czekamy trochę na otwarcie punktu nadania bagażu.

Nasz rejs ponownie obsługuje A319, zresztą jak się okazuje ten sam egzemplarz.
Tym razem samolot jest pełny, startujemy nad śpiący jeszcze Split
W magazynie pokładowym czytam o nowym terminalu w Zagrzebiu. Najwyższy czas, bo obecne lotnisko z zewnątrz przypomina niewielki polski port regionalny przed modernizacją, tylko trochę lepiej jest  w środku.
Zagrzeb wita nas lekką mgłą i wschodem słońca
Lądujemy około 7, mamy więc sporo czasu, żeby wyskoczyć do miasta, zjeść śniadanie i wrócić na samolot do Warszawy.

Do centrum dojeżdżamy w 30 minut autobusem. Zagrzeb w niczym nie przypomina miast nadmorskich, wygląda jak Budapeszt czy Wiedeń, jest bardzo czysty i elegancki. Mając do dyspozycji ledwie kilka godzin udaje się nam zobaczyć katedrę i górne miasto.

Katedra
Kościół św Macieja na Górnym Mieście, symbol Zagrzebia
Widok z Górnego Miasta
Piernikowe serca "licitars" - pamiątkowa ozdoba z Zagrzebia
Wracamy na lotnisko. Najpierw tramwajem na dworzec autobusowy, a stamtąd autobusem.

Tramwaj nr 6 dojeżdża do samego Sopotu ;)
Wnętrze terminala
O ile od strony lądu miejsca jest nawet sporo, o tyle od strony bramek jest strasznie ciasno. W tym samym czasie odlatują samoloty do Dohy, Londynu i Moskwy, a ludzie tłoczą się niemiłosiernie w całkiem wymieszanych kolejkach.
Nasz Q400 do Warszawy jest tym razem punktualny.
Niestety muszę ponarzekać na załogę tego rejsu, głównie szefa pokładu, który był wyjątkowo nerwowy, niemiły, czym wzbudzał zażenowanie nie tylko pasażerów, ale też reszty załogi. Doszły mnie słuchy, że doświadczony personel LOTu nie przepada za Bombardierami, ale to nie jest chyba powód, żeby krzyczeć na pasażerów, zamykać schowki na bagaż i drzwi samolotu z furią i trzaskiem, pokazywać wszem i wobec, jak bardzo jest się złym. Przez takie zachowanie na pokładzie przez cały rejs panowała nerwowa atmosfera.

Tuż po starcie
Moje miejsce tuż za kotarką
Dunaj
Pod nami Bratysława
No cóż, czas kończyć ten wspaniały wyjazd i chociaż powrót do miłych nie należał, to te wakacje na długo zostaną w mojej pamięci.

Pozdrawiam,

Loukas

2095 wyświetleń


<>

Komentarze


Mnie tez sie przypomnialy ZAG, SPU i Trogir sprzed dwoch lat. Bardzo ladne miejsca, zatem podzielam Twoja nostalgie. Chorwacka turystyka odzyla po konflikcie po-jugoslowianskim i kraj jest wysoko notowany jako duza atrakcja nie tylko w Europie. Poodbnie jak Slowenia. Tak nawiasem, bardzo fajnie napisany reportaz. Uklony Lukaszu.
15/12/2016 17:08
Fajny reportaż. Też bardzo lubie Chorwację, w szczególności Wiednio-Budapeszt czyli Zagrzeb i Dubrownik. W Czarnogórze jeszcze nie byłem, ale postaram sie nadrobić zaległości, bo warto. P.S. W ZAG nowy terminal będzie oddany w marcu 2017.
15/12/2016 17:37
Wielkie dzięki za miłe słowa. Nowy terminal w ZAG wydawał się już prawie gotowy (nie wrzuciłem fotki, bo robione podczas startu czy lądowania słabo wyszły) i standard obsługi pasażerów wkrótce na pewno się tam poprawi.
16/12/2016 21:25
Kolejny, bardzo fajny tekst, do tego naprawdę udane zdjęcie - klasa! Proszę o więcej!

Ja sam nie przepadam za Q400. Nie wiem dlaczego, ale wolę poczciwe ATRy niezałeżnie czy -500 czy -600.
20/12/2016 12:53
Dzięki kitsune. Mi ATR przypominają autobusy ze skrzydłami, to chyba przez dosyć toporny kształt kadłuba. Mimo wszystko wolę jednak Q400, ale największa zaleta tego samolotu: spory zasięg jest jego największym przekleństwem - linie chętnie wykorzystują Q400 na trasach zdecydowanie za długich na turbopropa.
21/12/2016 09:30
Też wolę Q400 szczególnie New Generation (NG): szybszy, mniejsze wibracje. Choć na dłuższe trasy wolę odrzutowca.
21/12/2016 17:15
Komentowanie dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
<>