×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Felieton: "Biznes"... po włosku



Mijający właśnie weekend był wyjątkowo gorący dla łowców lotniczych okazji. Tym razem za sprawą Alitalii, która przygotowała zestaw kodów promocyjnych pozwalających na dokonanie rezerwacji po obniżonych, a więc bardziej atrakcyjnych cenach. I pewnie ta kolejna już w ostatnich tygodniach akcja marketingowa przeszłaby bez większego echa, gdyby nie wyjątkowa w tym wypadku szczodrość włoskiego przewoźnika. Oto bowiem na jego japońskiej stronie stało się możliwe uzyskanie zniżki w wysokości aż... 25000 jenów czyli 240 euro!

Właśnie z użyciem tego kodu Alitalia zachęcała do bukowania lotów do Włoch i to bez względu na miejsce wylotu, cenę biletu czy liczbę pasażerów . Efekt był łatwy do przewidzenia. W ciągu kilku chwil tysiące osób, zachęconych przez portale specjalizujące się w wyszukiwaniu podróżniczych okazji i szum informacyjny na facebooku, postanowiło z dobroduszności linii skorzystać. Nie zrażając się koniecznością przebrnięcia przez kolejne strony formularza rezerwacyjnego w języku japońskim pasażerowie rezerwowali jeden lot za drugim. A było w czym wybierać: darmowe loty z dziesiątków miast europejskich do Rzymu, Neapolu czy na Sycylię, Afryka Północna za kilka euro, Nowy Jork i Toronto za niecałe 40 euro. Według różnych szacunków Alitalia w ciągu kliku godzin mogła wystawić od kilkuset tysięcy do nawet miliona biletów! Kres inwazji klientów na serwery włoskiego przewoźnika nastąpił późno w nocy z soboty na niedzielę, gdy jego strona internetowa dała za wygraną i ostatecznie przestała działać.



Dziś (21.10), mimo niedzieli (!), personel Alitalii gwałtownie wyrwał się z letargu i ruszył do sprzątania tego bałaganu z budzącą podziw marketingową zręcznością. Ktoś przypomniał sobie, że kod promujący tanie loty miał dotyczyć wyłącznie oferty przewoźnika z Tokio i Osaki, a nie jego globalnej siatki połączeń, więc szybko i po cichu… zmienił wcześniej opublikowane na stronie linii i jej profilu facebookowym warunki użycia zniżki.

W ślad za tym do pasażerów, którzy wczoraj dokonali rezerwacji i otrzymali potwierdzone etixy, wysłano przypominające spam bezimienne e-maile z informacją, że niestety nie udało się wystawić biletów (!) i w związku z tym należy oczekiwać zwrotu pobranych pieniędzy. Przewoźnik w pośpiechu zapomniał nawet wskazać, o jakie bilety i rezerwacje chodzi!

Ale to jeszcze nie wszystko. Szukając zapewne na gwałt wyjścia z zaistniałej sytuacji pracownicy Alitalii wpadli na kolejny genialny pomysł. Klientów… oskarżyli o kradzież! Z rozbrajającą szczerością ogłoszono, że departament do spraw zwalczania nielegalnych transakcji wykrył nagle ogromną ilość fraudów na japońskiej stronie przewoźnika. Polegały one na wykorzystywaniu innych niż japońskie kart płatniczych! Żeby było zabawniej większość osób, które skorzystały z wczorajszej oferty, w procesie rezerwacji żadnych danych kart nie podawała, bo system obniżając cenę biletu do 0 jenów takowych nawet nie wymagał…

Wieczorem retoryka przewoźnika uległa przemianie i w kolejnym już z rzędu komunikacie Alitalia przyznaje, że winni są jednak nie tyle klienci, co błędna konfiguracja jej systemu rezerwacyjnego.
 


Takiego nagromadzenia marketingowych wpadek już dawno nie było. Nieudolność włoskiego przewoźnika jest zupełnie groteskowa. Oczywiste przy tym jest, że nikt nie oczekuje, że linie ochoczo będą honorować setki tysięcy podarowanych klientom biletów.

Spodziewałbym się jednak nieco większej zgrabności podejmowanych w wywołanym przecież na własną prośbę kryzysie działań, bo na razie specjaliści do spraw marketingu Alitalii rozwiązują zaistniały problem z gracją przysłowiowego słonia spacerującego w składzie porcelany.

Tym bardziej, że tajemnicą poliszynela jest fakt, że włoski przewoźnik od wielu miesięcy nie potrafi bądź nie chce sobie poradzić z systemem rezerwacyjnym. Raz po raz zdarzają się w nim błędy, które przy odrobinie wprawy pozwalają na rezerwację biletów z Europy do Ameryki Północnej i Azji po znacznie niższych od konkurencji (i pewnie zamiarów samej Alitalii) cenach. Rozmiary strat spowodowanych tą notoryczną nieudolnością łatwo przewidzieć. Wystarczy wspomnieć, że jedna z takich „okazji” aktywnych kilka tygodni temu umożliwiała przelot w dwie strony do Tokio i Singapuru za nieco ponad 100 euro. Chyba nie na tym jednak powinno polegać robienie biznesu w tej branży. No chyba, że po włosku...

Marek Stus


Reklama


Booking.com
gość_200c5 - Profil
gość_200c5
  

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!
Wylot:
Przylot:
  • Data wylotu:
  • Data powrotu:
Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie