×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Oblatywacz: Asianą do Tokio w first class



Zdążę, nie zdążę, zdążę, nie zdążę.. Biegnę, pot spływa po plecach, walizka staje się coraz cięższa. Zdążyłem - pisze Konrad Gryczon, nasz czytelnik, który odbył podróż z Kopenhagi do Tokio liniami SAS oraz Asiana Airlines w najbardziej luksusowych klasach podróży.

Na lotnisku w Kopenhadze pełno ludzi, wszyscy jak zwykle gdzieś biegną. Kolejka do drop off dla klasy ekonomicznej sięga prawie peronu lotniskowej stacji metra. Na szczęście tym razem mnie to omija... z racji przywilejów pasażerów latających w (bardzo) przedniej części kabiny, czyli w klasie first.

Check-in przebiega sprawnie. Pani przykleiła do bagażu naklejkę z napisem priority, walizkę zobaczę dopiero w Tokio, dokąd dziś polecimy. Mam tylko nadzieję, że go nie zagubią.

Otrzymałem także kartę pokładową, a na niej: lot z Kopenhagi do Frankfurtu o 14:50 (SK675), później do Seulu o 19:00 (OZ542) i kończymy w Tokio (OZ106). Pierwszy i ostatni odcinek lecę w klasie biznes, natomiast ten najdłuższy, pomiędzy Frankfurtem a Seulem Asianą w klasie pierwszej. Zapowiada się ciekawie.

Każde lotnisko kieruje się swoimi regułami. Na lotnisku w Kopenhadze zasadą jest, że z "fast track" (szybka kontrola bezpieczeństwa) mogą korzystać pasażerowie Business Class, First Class, bądź posiadacze statusu Star Alliance Gold w programie linii lotniczych SAS - Eurobonus. Lokalizacja kontroli bezpieczeństwa dla uprzywilejowanych na CPH jest fantastyczna - zaraz po opuszczenia strefy pełnej strażników granicznych widzimy drzwi do SAS Business Lounge. Czas na kieliszek białego wina i skandynawską przekąskę.

Warto było tam zajrzeć, asortyment jest o wiele bogatszy niż na przykład na lotnisku w Warszawie. Do dyspozycji mamy m. in. dwie strefy, w których możemy coś przekąsić, strefy wypoczynkowe, strefę ciszy, komputery i stanowiska do pracy, prysznice oraz bardzo pomocną obsługę.

O 14:20 zbieram się do opuszczenia lounge. Od bramki D3 dzielą mnie 3 minuty, zdążę jeszcze kupić moje ulubione czasopismo. Boarding rozpoczyna się z lekkim opóźnieniem. Stary, wysłużony już MD-87 pomoże mi dostać się do Frankfurtu, z którego będę kontynuować podróż do Azji. Na pokład wchodzę jako pierwszy, siadam w trzecim rzędzie przy oknie (tak wynika z numeracji, w rzeczywistości jest to pierwszy rząd po lewej stronie). Przed startem steward częstuje lampką szampana. - Take off now – nie mogę pisać.



Sygnalizacja "zapiąć pasy" została wyłączona. Szef pokładu dziękuje za wybór linii SAS, po chwili rozpoczyna się serwis. Steward kładzie przede mną białą serwetkę na stoliku, przynosi sztućce oraz butelkę Pommery. Na lunch nic specjalnego. Zimna przekąska w postaci sałatki z kurczakiem, która leżała w lodówce, jak domniemam, od wczoraj. Do tego podgrzana w "piecu" bułeczka i ekologiczne masło. Na deser ciastko czekoladowe i kawa (lub herbata – jak kto woli). Obsługa próbuje odwrócić moją uwagę od niezbyt wykwintnego jedzenia zagadując mnie. Poniekąd im się udało. Mieli świadomość tego, ze serwują kiepski lunch - nie bez powodu przy wyjściu wręczyli mi dwie małe butelki szampana.

Mam tu prawie trzy godziny. Czas się relaksować przed 11-godzinnym lotem. Zanim jednak to zrobię, idę do bramki B43 i pytam obsługę, czy wszystko idzie zgodnie z planem i czy nie ma żadnych opóźnień. Przemiła pani pracująca dla Asiana Airlines informuje, że lot odbędzie się o czasie i proponuje zmianę miejsca na 3K. Boarding o 18:30. Czas udać się do lounge.

"Senator Lounge" Lufthansy naprawdę podnosi poprzeczkę wśród tego typu obiektów znajdujących się na lotniskach. Mógłbym pisać i pisać o nowych kabinach prysznicowych, które ratują życie po długim locie, barmanie, który serwuje pierwszej klasy drinki czy wygodnych fotelach z widokiem na pas startowy. Kto był to wie. Kto nie – polecam, naprawdę warto.

18:20. Czekam na boarding przy bramce. Ostatnie bagaże i ładunki trafiają pod pokład Boeinga 747-48E, którym za chwilę polecę do Seulu. 



Zaczęło się. Wchodzimy na pokład. Pasażerowie z "firsta' i "business" wchodzą oddzielnym rękawem. Szef pokładu wita mnie na pokładzie i pomaga umieścić bagaż podręczny w półce nad siedzeniem. Wystrój kabiny dość staromodny (w porównaniu do kabin innych przewoźników). 10 foteli w konfiguracji 1-1 w pierwszych trzech rzędach oraz 1-2-1 w rzędzie czwartym.



Dużo miejsca, siedzę w samym dziobie tego potwora! Fotele pomimo swojego wieku spełniają funkcję, są... pierwszej klasy. Bardzo wygodne, do tego masa podręcznych skrytek na telefon, kapcie czy butelkę wody.



Płaski, 15 calowy monitor w połączeniu z pokładowym systemem rozrywki pomaga zabić czas podczas tak długiego lotu. Jeśli chodzi o bibliotekę filmów czy muzyki to muszę przyznać, że "szału nie ma". Przykładowo Air Canada oferuje przynajmniej 60% filmów więcej niż koreański przewoźnik.

Chcesz porozmawiać ze znajomym, który siedzi po drugiej stronie kabiny bez wstawania? Nie ma problemu. Zadzwonić można za pomocą pokładowego systemu rozrywki. Jakość może nie najlepsza, ale lepsze to niż spacerowanie od fotela do fotela. Do rodziny siedzącej w domu przed telewizorem można zatelefonować, ale to niestety kosztuje, i to niemało.

W oczekiwaniu na start lampka szampana i odrobina soku pomarańczowego. Stewardessa przyniosła kapcie, kosmetyczkę wypełnioną kosmetykami od Bulgariego, piżamę i słuchawki Bose’a neutralizujące hałas.

Startujemy.




W pierwszych godzinach lotu podczas wzmożonego serwisu obsługują nas cztery stewardessy. Nie jest źle.

Zacznijmy od alkoholi. Jest z czego wybierać i warto spróbować wyselekcjonowanych przez trzech najlepszych na świecie sommelierów trunków. Dwa szampany oraz kilka butelek wina białego oraz czerwonego, Hennessy X.O., Drambuie oraz wiele wiele innych. 

Jeśli chodzi o alkohole mocne, to pokusiłem się tylko na wódkę serwowaną z kawiorem.

Jedzenie. Na przystawkę dostałem:
  • Grissini z szynką parmeńską, bakłażan i papryczki faszerowane fetą;
  • Kawior, jajko, cebulka, różne rodzaje pieczywa. Serwowany z rosyjską wódką;
  • Pieczoną cielęcinę i krewetki;
  • Zupę marchwiową;
  • Mix warzyw z sosem jogurtowym.



Danie główne do wyboru:
  • Stek wołowy na sosie na bazie maderskiego Porto, zielony groszek, marchewki i pieczone ziemniaki;
  • Filet z johndory (ryba, która nie mam pojęcia jak nazywa się po polsku) serwowany z puree z groszku, sosem szafranowo-cukiniowym, grillowanym bakłażanem oraz pomidorkami cherry;
  • Osso Bucco (gicz cielęca) z sosem Gremolata, rzepą i marchewkami
  • Koreański mix "Bibimbap", czyli nic innego jak ryż z warzywami i mieloną wołowiną zmiksowaną z papryczką chilli oraz olejem sezamowym. Serwowane z rosołem i dodatkami.
Wybieram pozycję drugą. Ryba.

Po daniu głównym czas na przekąskę składającą się z serów i owoców. Ja prywatnie z tego zrezygnowałem – serwują to w każdej lepszej restauracji. Ile można?

Na deser lody o smaku marakuji z kawałkami czekolady i sosem truskawkowym. Kawa i herbata oraz selekcja win deserowych. Jedzenie pyszne. Czy na śniadanie też będzie rosyjski kawior? Mam nadzieję.

Obejrzę jakiś film, jest dopiero 21 (w Warszawie). Jestem już gdzieś nad Rosją. Stewardessa systematycznie uzupełnia kieliszek z winem oraz donosi solone migdały, o które poprosiłem wcześniej.

Wybiła 23:00. Czas położyć się do łóżka. Podczas gdy przebierałem się we wcześniej otrzymaną piżamę, stewardessa zamieniła mój fotel w łóżko. Pachnąca pościel oraz miękka i duża poduszka sprawią, że z pewnością zasnę w mgnieniu oka.

Tak też się stało, spałem jak niemowlę. Do czasu... aż z drugiego końca kabiny zaczął dobiegać dziwny dźwięk. Na początku nie wiedziałem co to jest. A może mi się to śni? Nie, okazało się, że jeden z pasażerów miał ustawiony budzik, który... obudził połowę kabiny. Rozbudzony niestety nie mogłem ponownie usnąć, dlatego poprosiłem o dodatkową lampkę szampana "na sen".  Szampan pomógł.

Obudziłem się 4 godziny przed lądowaniem. Postanowiłem obejrzeć jakiś koreański film. 

Czas się odświeżyć. W toalecie półki wypełnione kosmetykami, szczoteczki do zębów, spreje odświeżające ciało, grzebienie, balsamy, maszynki do golenia. Wszystko, czego tylko człowiek zapragnie.

Stewardessa w tym czasie pościeliła moje łóżko i zamieniła je z powrotem w fotel. Przyniosła mi również moje ubrania, po czym zaserwowała mi poranną, świeżo zaparzoną kawę, miks owoców oraz sok pomarańczowy. Po zjedzeniu owoców otrzymałem płatki śniadaniowe z jogurtem, a później naleśniki z kurczakiem, grillowanymi pomidorami i dodatkami. Do tego różne rodzaje gorącego pieczywa. 

Zbliżamy się do lądowania. Szef pokładu dziękuje każdemu z osobna za wybór ich linii, dostajemy prezenty w postaci najnowszego albumu bardzo utalentowanej koreańskiej pianistki i świecy zapachowej.



W Seulu jest 12:00, kolejny lot o 15:10. Udaję się więć do First Class Asiana Airlines Lounge. Tam mogę wziąć prysznic i odpocząć po 11-godzinnym locie. Tu zapoznałem się z japońskimi toaletami – po tym wyjeździe postanowiłem, że taka musi pojawić się w moim mieszkaniu.



W lounge... cisza, brak rumoru, który niestety panuje w większości tego typu miejsc. Raj. Mogę także skorzystać z prywatnych kabin TV, by nie zakłócać spokoju innym. Jet lag daje się we znaki.Trzy  godziny czekania mijają bardzo szybko i... przyjemnie.



Boarding rozpoczęty, do Tokio polecę Boeingiem 747. Ponownie. Okazuje się, że ten lot odbędę w kabinie klasy pierwszej, pomimo biletu w klasie biznes. Stało się tak z racji tego, że na tej trasie  kabina first staje się kabiną biznes, a kabina binzes staje się kabiną economy premium.



Serwis na tym odcinku jest również bardzo dobry. Nie jest tak wyśmienity jak na poprzedniej trasie rzecz jasna, ale nie ma na co narzekać... w końcu lecę w niższej klasie.

Na lunch dostałem koreański miks, o którym wspomniałem już wcześniej. Nic specjalnego. Spodziewałem się bardziej pokazowego dania, które mogłoby mnie w jakiś sposób zaskoczyć. W rezultacie zjadłem niedoprawiony rosół, ryż z warzywami i mięsem mielonym, który niestety smakował jak... jedzenie w szpitalu. Ale to ich przysmak, więc krytykował nie będę.


Gram w pac-mana. Pamiętacie?



Turbulencje. Nie do opisania, buja jak kołyską. Usnąłem bardzo szybko. Może wydać to się dziwne, ale uwielbiam turbulencje, usypiają mnie od razu. Obudziłem się już w trakcie schodzenia do lądowania. Pada straszny deszcz, a za oknem widzę pola ryżowe. Dużo pól ryżowych. Krople deszczu rozbijają się o kadłub, jaki to huk! Zmęczenie powoduje, że jestem przewrażliwiony na punkcie hałasu.

Wylądowałem.

- Thank you for travelling with us – usłyszałem wychodząc z samolotu.

Konrad Gryczon
fot. Konrad Gryczon


gość_47f00 - Profil
gość_47f00
  

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!
Wylot:
Przylot:
  • Data wylotu:
  • Data powrotu:
Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie