×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Felieton: Czy długość ma znaczenie?


Już od przyszłego roku polecimy bezpośrednio z Europy do Australii. Pomimo, że połączenie ma wiele wad, otwiera nowy rozdział w historii lotnictwa. 




Dzisiejsze lotnictwo wydaje się strasznie nudne i przewidywalne. Samoloty wyglądają podobnie, latają tak samo szybko (lub raczej - biorąc pod uwagę fakt, że loty naddźwiękowe przeszły do historii - tak samo wolno), a nawet w dużej mierze malowane są tak samo

Co prawda technologicznie branża jest zaawansowana jak nigdy wcześniej, ale wiele innowacji - chociażby obniżających spalanie czy podnoszących bezpieczeństwo lotów - raczej nie inspirują osób niezainteresowanych blisko lotnictwem. Czy ktoś wyobraża sobie, że fani motoryzacji ekscytowaliby się nowym ferrari dlatego, że emituje mniej dwutlenku węgla niż poprzednik? Tego typu wiadomości to jedyne, na co mogą liczyć fani lotnictwa w dziedzinie postępu technologicznego. 


Nic więc dziwnego, że branża, niczym kania dżdżu spragniona inspirujących nowin przywodzących na myśl pionierskie czasy lotnictwa, została poruszona wiadomością o uruchomieniu bezpośrednich lotów z Australii do Londynu przez linie Qantas. Połączenie nie będzie najdłuższa komercyjną trasą (ten tytuł dzierży Qatar, obsługujący loty między Dohą a Auckland). Jednak po raz pierwszy w historii Australia zyska regularne bezpośrednie loty do Europy, tym samym na zawsze zmieniając oblicze "Kangaroo Route". Niedzielny poranek 25 marca 2018 r. będzie historycznym wydarzeniem. 

Ultra długie loty nie są jednak konceptem nowym. Wystarczy wspomnieć słynne, 18-godzinne rejsy Singapore Airlines z Singapuru do Newark, realizowane od 2004 do 2013 r. Jednak ostatnie lata przyniosły prawdziwy renesans tego typu połączeń dzięki taniejącej ropy naftowej i dostępności bardziej ekonomicznych modeli samolotów. 

Jednak czy sam fakt, że takie loty są technicznie możliwe, jest wystarczającym powodem, by tego typu loty uruchamiać?

Gdyby patrzeć tylko i wyłącznie na suche statystyki, to wszystkie loty powinny być krótsze niż siedem godzin. Takie trasy dają najniższe spalanie. Wynika to m.in. z faktu, że ciężar paliwa zwiększa spalanie. Im więcej zatem paliwa na pokładzie, tym więcej maszyna spala na jego przewóz. Krótsze trasy to mniej paliwa, a zatem mniejsze jego zużycie. Do tego siedmiogodzinne loty ułatwiają planowanie siatki, o czym wiedzą najdłużej działające na rynku niskokosztowe dalekodystansowe linie lotnicze, AirAsia X. Nie bez powodu ogłoszone przez przewoźnika loty na Hawaje będą miały międzylądowanie w Japonii - w ten sposób każdy z odcinków będzie mieścił się w granicy siedmiu godzin. 

Dodatkowym plusem tego rozwiązania jest to, że przewoźnik będzie mógł zbierać większą liczbę pasażerów z różnych miast. Podobne zbieranie podróżnych z różnych rynków stosują niskokosztowe linie Scoot, które zamiast wysyłać swoje Dreamlinery bezpośrednio z Singapuru do Tokio lub Osaki, decydują się na międzylądowanie na Tajwanie. 


Wielu pasażerów woli jednak latać bezpośrednio. Qantas przekonuje, że dzięki lotom bez przesiadki wzrośnie liczba turystów odwiedzających Australię, a i sami Australijczycy chętniej będą ruszać w świat. Niechęć do przesiadek znamy także z naszego polskiego podwórka - pasażerowie z Krakowa, choć mają możliwość podróży i przesiadek w większości europejskich hubów, wolą latać do Stanów Zjednoczonych non-stop.

Rynek za miłość do bezpośrednich lotów wystawia odpowiedni rachunek. Gdy Qantas wprowadził do sprzedaży bilety na trasę, mina wielu potencjalnym pasażerom zrzedła. Okazuje się, że podróż non-stop jest dwukrotnie droższa od lotu z jedną przesiadką. Ceny biletów w klasie ekonomicznej z Melbourne do Londynu zaczynają się od 2,3 tys. dolarów australijskich (prawie 6,5 tys. złotych), a w klasie biznes od 9,7 tys. (prawie 28 tys. złotych).

Problem w tym, że mimo tych wyższych cen, dla większości chętnych wspomniany lot do Australii wcale nie będzie lotem non-stop. Samoloty z Londynu nie wylądują na wschodnim wybrzeżu, dokąd udaje się większość turystów, ale w położonym na zachodzie mieście Perth. Stamtąd do Melbourne czeka nas czterogodzinny lot, a do Sydney - pięciogodzinny. Nawet gdyby samo Perth było ciekawsze niż Singapur, Szanghaj, Hongkong, Bangkok, Tajpej, lub lotniska na Bliskim Wschodzie, czyli tradycyjne porty przesiadkowe w trasie do Austalii, to trwający do dwóch godzin postój po 17-godzinnym locie nie kojarzy się z wymarzonym wypoczynkiem. Nie mówiąc o tym, że przewaga czasowa tego połączenia nad lotami z przesiadką to ok. godziny. 

Do tego tak długa trasa to liczne ryzyka operacyjne. WBoeing 787-9 dysponuje zasięgiem 15,4 tys. km, adekwatnym do pokonania 14,5 tys. km dystansu z Londynu do Perth. Problem pojawia się, gdy lotnisko w Perth nie będzie w stanie przyjąć lotu. Najbliższe porty lotnicze to Learmonth, oddalony o prawie 1,1 tys km, lub port w  Adelaide, oddalony o 2,1 tys. km. 

- Lotnisko w Perth rzadko jest zamykane z powodu złej pogody, ale gdy tak się stanie gdy samolot będzie się zbliżał od strony Oceanu Indyjskiego, to na myśl może przyjść powiedzenie "a wing and a prayer” - punktuje Michael Gebicki z magazynu Traveller. 

Oczywiście nie jest aż tak dramatycznie, bo mając świadomość problemów, piloci zadecydują o międzylądowaniu. Z uwagi na charakterystykę tej trasy, takie dodatkowe postoje mogą być częste, co całkowicie zaprzecza idei Qantasa.

Czyli klapa? Niekoniecznie - wbrew wszystkim wątpliwościom i krytyce bilety na loty sprzedają się dobrze. Parę dni po otwarciu sprzedaży, wykupione zostały prawie wszystkie miejsca w klasie biznes oraz ekonomicznej premium na inauguracyjne loty. Szansę na uczestnictwo w historycznym locie nadal mają jedynie osoby, które są gotowe sprawdzić, jak komfortowa jest 17-godzinna podróż w klasie ekonomicznej. 

Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że długość ma jednak znaczenie. Czy inna trasa, która będzie otwarta za dziewięć miesięcy, cieszyłaby się tak dużą popularnością? 

Wiadomość, że istnieje rynek na ultra długie połączenia buduje. W dawnych czasach wydawało się, że przyszłość należy do lotów coraz szybszych i coraz dalszych, choć ostatecznie okazało się, że rynek zmieniło dopiero obniżenie cen połączeń. Obecnie, gdy więcej osób niż kiedykolwiek w historii może sobie pozwolić na podróże lotnicze, u wielu osób odżywa nostalgia za elitarnymi usługami, takimi jak lot na pokładach samolotów Concorde. Ultra długie połączenia lotnicze mogą budować uczucie uczestnictwa w elitarnym, niszowym wydarzeniu lotniczym, tym samym zaspakajać potrzeby osób, dla których lotnictwo nadal jest przygodą. Fakt, że możemy wybrać lot kierując się tak odmienna motywacją, pokazuje jak olbrzymią drogę przebyła branża lotnicza. 

Warto więc trzymać kciuki za powodzenie lotów z Australii do Europy, nawet gdy uważamy je za fanaberię obliczoną na zaspokojenie potrzeb wąskiej grupy klientów. Może są nieekonomiczne, nieekologiczne i zwyczajnie wyczerpujące, ale zawsze to coś nowego. W świecie postępującego ujednolicania oferty przewoźników i obniżania standardów, taka świeżość jest dobrą informacją.

fot. Qantas


gość_0e22b - Profil
gość_0e22b
  
Co otrzymamy, gdy dodamy 2 do trzy?

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!
Wylot:
Przylot:
  • Data wylotu:
  • Data powrotu:
Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Okazje z lotniska
  • Okazje pasażera
Sprawdź wszystkie
Kalendarz lotniczy