Pliki cookies
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

×
Zaloguj się

Posiadasz już konto w portalu pasazer.com? Zaloguj się i zacznij korzystać ze swoich przywilejów zarejestrowanego użytkownika.


lub


Bliżej Świata: Hampi (Indie)

Dominik Sipiński | 27/11/2016 11:00 | 1 komentarz

Jeszcze ok. 500 lat temu miasto Vijayanagara, które dziś znajduje się w obrębie wioski Hampi, było drugim co do wielkości miastem świata (po Pekinie). Jednak jest względnie mało znane nie tylko wśród europejskich, ale nawet i indyjskich turystów.


Jeśli jakieś miejsce można z czystym sumieniem nazwać "surrealistycznym", to na pewno jest to właśnie Hampi. 


Malutka dziś wioska, zamieszkana przez niecałe 3 tys. mieszkańców, jeszcze w połowie XVI w. była stolicą potężnego imperium Vijayanagara. Jego władcy rządzili niemal połową subkontynentu. Ale po upadku imperium 450 lat temu miasto popadło w ruinę. Dziś stare, wielkie świątynie (w tym jedna czynna) i ruiny pałaców kryją się w nieziemskim krajobrazie pełnym gigantycznych głazów, które nie wiadomo skąd wzięły się w środku Indii.


Ruiny brytyjscy kolonizatorzy odkryli w 1800 r., ale do dziś miasto to nie jest powszechnie znane wśród Europejczyków. Choć w czasach świetności Vijayanagara była trzy razy większa od Paryża, zachodnia edukacja całkowicie pomija istnienie tego wielkiego imperium. Świadomy turysta nie może uciec przed poczuciem wstydu, że podczas gdy Hindusi uczą się historii Rzymu czy Franków, my nie mamy pojęcia o historii i kulturze wschodu.

Hampi jest położone w północnej części stanu Karnataka i swoją majestatycznością atakuje znienacka. Do miasta zawsze dociera się autobusem: albo dalekodystansowym, albo regionalnym z Hospet, najbliższej stacji kolejowej. Droga wije się między skałami, otaczają ją pola, sady bananowe i biedne domostwa - i nagle, po którejś z serpentyn i niewielkich pagórków, przez okna widać kilkusetletnie ruiny.
Wioska dziś w całości żyje z turystów - świątynia przyciąga wielu hinduskich pielgrzymów oraz turystów szukających przeżyć duchowych, czasem opartych o jogę i medytację, a czasem wspieranej jogurtowym napojem lassi wzmocnionym dodatkiem marihuany w formie gęstego wyciągu bhang. Mieszkańcy natychmiast po zatrzymaniu autobusu tłoczą się przy wyjściu, oferując pasażerom nocleg i tuk-tuka. 


Ale jednym z uroków Hampi jest to, że ten zgiełk i hałas, tak typowy dla pozostałych, nawet niedużych, miejsc w Indiach, szybko ustaje. Nie ma nawet wszechobecnego gdzie indziej trąbienia. W obrębie miasta bez problemu da się wszędzie dojść nawet z ciężkim plecakiem, a skupieni wzdłuż kilku uliczek na krzyż sprzedawcy nie są tak nachalni jak gdzie indziej. Nie docierają tu turyści typu all-inclusive ani duże grupy, a ci, którzy przyjeżdżają, wolą doświadczać atmosfery tego miasta niż je w sensie ścisłym zwiedzać. 

Górujący Wirupaksza

Nad Hampi dominuje świątynia Wirupakszy, jednego z wcieleń Sziwy i lokalnego bóstwa. To jedyna wciąż czynna świątynia w dawnej stolicy imperium Vijayanagara. Czynna zresztą nieprzerwanie od VII w. - przez stulecia świątynia była rozbudowywana. Kultu Wirupakszy nie zatrzymało podbicie miasta przez muzułmanów w XVI w., a najbardziej imponujące struktury, czyli gopuramy (rytualne wieże) na wschodnim i północnym wejściu do świątyni, zbudowano dopiero w XIX w. 


Wschodnia, główna wieża ma 50 metrów wysokości i jest niezwykle misternie zdobiona. Na schodkowo ułożonych piętrach rzeźb można rozpoznać najbardziej znane hinduskie bóstwa, Sziwę, Ganesza czy Hanumana, ale jest tam też mnóstwo postaci, których europejski turysta nie ma szans poznać. Głęboka symbolika tych rzeźb wymyka się z rąk osobom, które nie znają niuansów hinduizmu. 


Mniejsze, północne wejście prowadzi do rytualnego zbiornika z wodą oraz w kierunku rzeki Tungabhadra, która dawniej stanowiła naturalną fosę miasta. Od tej strony można podziwiać wieżę wschodnią i całą strukturę świątyni z nieco szerszej perspektywy. 


Wewnątrz świątyni znajdują się liczne ołtarze poświęcone rozmaitym bóstwom - m.in. Brahmie, Sziwie i Lakszmi. Przy każdym z nich palą się rytualne kadzidła, a święci mężowie (sadhu) oferują błogosławieństwo. Wierni, którzy otrzymają dobre słowo, są naznaczani kolorowymi znakami na czole. W tradycji hinduistycznej udekorowanym kwiatom posągom bogów nie wolno jednak robić zdjęć. 


Turyści chętnie za to fotografują detale zdobień w świątyni. Sklepienie otwartej sali kolumnowej jest pokryte misternymi malunkami, przedstawiającymi m.in. wszystkie dziesięć wcieleń boga Wisznu. Uwagę wielu gości przyciągają jednak raczej płaskorzeźby, w tym kilka frywolnych scen z Kama Sutry.  


W świątyni trzeba zwracać uwagą na małpy - są wszędzie i wbrew wyobrażeń, to złośliwe stworzenia. Potrafią wyrwać z ręki aparat lub rzucić w turystę bananem. Koniecznie trzeba pamiętać też o tym, że to czynna i bardzo ważna dla hinduistów świątynia. Oznacza to, że przed wejściem należy zdjąć buty; nie należy następować na progi ani fotografować bóstw. Na miejscu kręcą się wątpliwej wiarygodności "mędrcy", którzy za 100 albo 200 rupii chętnie oprowadzą po świątyni i streszczą podstawowe wierzenia hinduizmu. Rezydentem świątyni jest też słonica, której dotknięcie (oczywiście za opłatą) przynosi błogosławieństwo.


Gdzie nie spojrzeć, świątynia

Choć sama świątynia Wirupakszy uzasadnia, dlaczego Hampi znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, miasto oferuje znacznie więcej atrakcji. Po opuszczeniu największej świątyni głównym wejściem znajdujemy się na długiej, prostej alei. To dawna główna ulica Vijayanagary, która prowadzi do niewielkiego wzgórza z ruinami świątyń. Dominują wśród nich dawna świątynia Potężnego Hanumana, boga-małpy, który w tej okolicy jest wyjątkowo mocno czczony. 


Alei nie warto zresztą traktować tylko jako drogi do innej świątyni. Sama w sobie jest warta zadumy. Wzdłuż niej widać resztki dawnych zabudowań mieszkalnych. Wszystkie są zbudowane z kamienia. Choć od dawna nieużywane, wciąż zachowują swoją geometryczną strukturę. Na kolumnach bez problemu da się wciąż dostrzec reliefy. 


Ukryta wśród skał ścieżka prowadzi do oddalonego nieco od miasta kompleksu świątyń boga Vitthala, uważanego za inkarnację Wisznu lub Kriszny. To doskonale zachowana, choć już nieczynna świątynia. Na jej dziedzińcu znajduje się gigantyczny kamienny rydwan, symbol stanu Karnataka. 


Z kolei na południe od świątyni Wirupakszy, na dość stromo wznoszącym się zboczu, znajdują się ruiny licznych mniejszych świątyń, m.in. poświęconych Ganeszowi oraz świątyń dżinistów. To doskonałe miejsce do oglądania panoramy kompleksu ruin o zachodzie słońca. 

Metropolia królów

Kilka kilometrów od kompleksu świątyń w Hampi znajdują się ruiny dawnej dzielnicy królów imperium Vijayanagara. Można tam dostać się tuk-tukiem (kierowcy zażyczą sobie 500 rupii, ale ostatecznie zgodzą się pojechać w dwie strony i poczekać za 250-300) albo piechotą. To ok. godzinny spacer wśród bananowych sadów, który daje doskonałą okazję podejrzenia normalnego życia mieszkańców pobliskich wiosek.


Metropolia otoczona jest kilkunastokilometrowym murem zbudowanym z doskonale dopasowanych do siebie gigantycznych głazów, utrzymywanych jedynie przez własną masę bez zaprawy. Wykorzystuje też naturalne przeszkody. Choć dziś mur w wielu miejscach jest w ruinie, jego pozostałości robią wrażenie.


Już przy samej głównej drodze turystów wita niecodzienny widok - podziemna świątynia Sziwy, dostępna jedynie w szczycie pory suchej. Przez resztę roku jej wejście zamienia się w niewielkie jezioro. 


Potem jednak kończą się świątynie, a zaczynają pozostałości dawnej królewskiej rezydencji. Na obszarze niemal kilometra kwadratowego znajdują się pałace kolejnych władców, kwatery szlachty i wojskowe koszary, a nawet stajnie bojowych słoni i zbiorniki z wodą. 


Dziś królewskie centrum Vijayanagara jest w ruinach, ale część budynków wciąż zachowało się na tyle dobrze, abyśmy mogli podziwiać ich misterną architekturę. To właśnie w tym rejonie mieszkała większość z liczącej w szczytowym momencie nawet 500 tys. osób populacji miasta.


Aby zrozumieć znaczenie i etapy rozbudowy stolicy trzeba by szczegółowo poznać trzystuletnią historię imperium Vijayanagara. Największej ekspansji miasta dokonał panujący na początku XVI w. król Krishna Deva Raya i to jego kwatery w centrum metropolii są nie tylko najbardziej imponujące, ale i najlepiej zachowane. 


Ceremonialna piramida obok pałacu króla to doskonałe miejsce do podziwiania panoramy metropolii. Sama piramida zresztą też jest warta uwagi. Jej struktura zbudowana jest z bazaltu, ale w XVI w. pokryto ją warstwą rzeźbionych, miękkich skał wulkanicznych. Z tych drugich część się zachowała, a część odpadła - pozwala to dziś zobaczyć dwie skorupy piramidy. 


Tuż obok znajdują się rozległe ogrody, które od objęcia terenu przez Archeologiczną Służbę Indii są bardzo dobrze utrzymywane. 


Wrażenie robi nie tylko architektura, ale i inżynieria imperium Vijayanagara. Przez całą metropolię ciągną się akwedukty w stylu rzymskim, które rozprowadzały wodę z centralnych zbiorników. Jeden z największych znajduje się tuż obok głównej piramidy. 


W metropolii wśród wizerunków hinduistycznych bogów dominują Hanuman (bóg-małpa) i Rama (jedno z wcieleń Wisznu), którzy przez władców Vijayanagara byli szczególnie czczeni. 


Niesamowicie rozległy kompleks królewski zapewnia nie tylko wrażenia estetyczne, ale też daje możliwość swobodnego i skupionego zwiedzania oraz refleksji. Mało gdzie w Indiach jest tyle pustej przestrzeni - ruiny miasta Vijayanagara są zupełnie nieporównywalne z tłumami w indyjskich miastach, ale też z podobnej klasy zabytkami w Europie. Podczas gdy ruiny Rzymu czy Aten zwiedzają miliony osób rocznie, w Hampi można bez problemu oglądać świadectwa historii bez ani jednego turysty w zasięgu wzroku.

Nie tylko zabytki

Przez swój wyjątkowy charakter Hampi pozwala też na większą niż gdzie indziej interakcję z mieszkańcami. Odkąd rząd Indii postanowił zadbać bardziej o ruiny imperium Vijayanagara, mieszkańcy zostali niemal wyrzuceni spośród nich. Wszystkie restauracje i pensjonaty tłoczą się przy pięciu uliczkach na krzyż na terenie tzw. Hampi Bazaar. Mieszkańcy żyją z turystów, ale są względnie mało nachalni. 


Jednak ciekawiej jest poza miastem. To m.in. dlatego warto wynająć skuter, a do królewskiej metropolii iść piechotą. W listopadzie można trafić na zbiory bananów i zbóż, a mieszkańcy chętnie pozują do zdjęć i rozmawiają o swojej pracy. Ich angielski jest często bardzo podstawowy, ale mowa ciała wystarcza. Jeśli turysta zna choć kilka słów w lokalnym języku kannada, może liczyć na darmowy poczęstunek w formie zapiekanego w cieście banana i herbaty z przyprawami (masala chai). 


Wycieczka skuterem po północnym brzegu rzeki Tunghabadra pozwala dotrzeć do niewielkich wiosek, gdzie turyści są rzadkością. Jedną z nich jest Anegundi, gdzie również mieszczą się ruiny starego imperium. 


Warto zahaczyć też o wzgórze Anjaneya - według hinduskiej mitologii, to na nim narodził się Hanuman. Położona na kilkudziesięciometrowym wzniesieniu świątynia jest warta wspinaczki. Nie chodzi tylko o widok, ale też o to, że mniej tu turystów niż w Hampi, a przez to łatwiej podejrzeć świętych mężów w trakcie modłów czy poznać lokalne zwyczaje. 


Bo Hampi nie jest zwykłym "zabytkiem". To wciąż żywy organizm, wprawdzie zdominowany przez turystykę, ale nie tę masową. A raczej zupełnie inną, alternatywną. Nie każdemu będzie odpowiadać luźna atmosfera tego miejsca, pewnie mało kto zechce spędzić tu więcej niż dwa dni. Ale do Hampi zdecydowanie warto przyjechać podczas podróży po Indiach - to nie tylko przepiękne, oderwane od tłocznej i hałaśliwej atmosfery tego kraju miasto, ale też potężny kawał historii, którą powinniśmy przynajmniej trochę poznać.

Informacje praktyczne


Położenie: centralna część stanu Karnataka w południowej części Indii.

Język: kannada, zapisywana pismem odmiennym od dewanagari używanym do zapisu języka hindi. Angielski powszechnie rozumiany, choć mówiony z bardzo trudnym do zrozumienia akcentem. 

Waluta: rupia indyjska. Niewymienialna poza krajem. 100 INR = ok. 6 zł.

Wiza: Polacy potrzebują wizy do Indii. Można ją uzyskać w ambasadzie w Warszawie na 90 dni lub internetowo (e-wiza) na 30 dni. Koszt tej pierwszej to ok. 260 zł, drugiej - 48 dolarów (ok. 200 zł). Nie ma możliwości otrzymania wizy na lotnisku w Indiach. 

Transport: do Hampi najłatwiej dostać się z Goa (lotnisko w Dabolim), Bengaluru lub Hajderabadu. Żadne z tych lotnisk nie ma bezpośredniego połączenia z Polską - korzystne przesiadki oferują m.in. linie Emirates i Qatar Airways. Dojazd do Hampi możliwy jest pociągami (wymagają rezerwacji z przynajmniej miesięcznym wyprzedzeniem) lub autobusami dalekodystansowymi.

Zakwaterowanie: w Hampi są dziesiątki pensjonatów i hotelików. Czysty pokój z dzieloną łazienką można wynająć już za 300-500 rupii za noc. Pokoje z klimatyzacją i własną łazienką mogą kosztować ok. 1000 rupii. Wiele popularnych noclegów mieści się na drugim brzegu Tungabhadry, w Virupappur Gaddi. Motorówka przez rzekę kursuje jednak jedynie do zmroku (ok. 17:45). Na jej pokładzie poza pasażerami można spotkać np. kozy albo motory.

Ceny: wejście do świątyni Vitthala kosztuje 50 rupii i daje prawo do darmowego zwiedzania pozostałych świątyni. Wstęp tylko do świątyni Wirupakszy kosztuje 2 rupie (50 rupii za aparat). Przy północnym wejściu nikt nie sprawdza biletów, ale ponieważ wpływy z bardzo tanich biletów są przeznaczane na utrzymanie zabytku, potępiamy unikanie opłaty.

Jedzenie i picie: Z uwagi na świątynny charakter tego miejsca, w Hampi prawie nie da się zjeść mięsa i w ogóle nie ma alkoholu. Nie brakuje za to marihuany, najczęściej sprzedawanej pod postacią gęstego wyciągu do picia bhang. Spożywają go głównie sadhu. Marihuana kusi też turystów, ale to niebezpieczna zabawa - w Indiach za posiadanie narkotyków grożą kary wieloletniego więzienia, a efekty bhang są znacznie silniejsze niż palonej marihuany. Ceny są jak na Indie wygórowane - za thali, curry lub inne danie trzeba zapłacić często ponad 200 rupii (12 zł), śniadanie (np. masala dosa lub ryżowe placki idli z herbatą na ulicy) to 80-100 rupii. 

mapa, grafika i fot. Dominik Sipinski

Pasażer.com w Indiach:



gość_aaf39 - Profil
gość_aaf39
  
Ile to zero pomnożone przez cztery?

Pasazer.com na Facebooku



Spodobał Ci się nasz artykuł?

Zapisz się do newslettera by być na bieżąco!
Wylot:
Przylot:
  • Data wylotu:
  • Data powrotu:
Pasażerowie:

Cel podróży:
  • Data wyjazdu:
  • Data powrotu:

Kraj podróży:

Kalendarz lotniczy