Jak dziś pamiętam czas, gdy w Polsce w powijakach, choć z czasem bardzo hucznie, rodziło się tanie latanie. Wciąż mam przed oczami nagłówki prasowe i internetowe o nadchodzącej erze tanich lotów, o cenach biletów za 99 zł (dziś to jest średnio rewelacyjna cena – wówczas był to SZOK), o tym, że niebawem swoją działalność rozpocznie przystrojona w pomarańczowe malowanie pierwsza polska niskokosztowa linia lotnicza Air Polonia! Niestety, cieszyć się istnieniem tego podmiotu nie mieliśmy okazji zbyt długo. Ja osobiście nie zdążyłem skorzystać z ich usług. Szkoda.
Kolejne, choć już nie rodzime, były Sky Europe i Wizz Air – te pierwsze według mnie to najlepsze tanie linie lotnicze, jakie latały z Polski, posiadające ogromną siatkę połączeń – głównie z Krakowa. Mój pogląd o jej świetności jest iście subiektywny, i niczym poza moim widzimisię nie podparty – to tak gwoli ostrzeżenia przed złośliwymi komentarzami. Byłem zwyczajnie zły, gdy zniknęły z naszego kraju. Również szkoda. Potem poszło już z górki – Ryanair, easyJet, Norwegian, czy kolejny rodzimy przewoźnik, który także nie dotrwał z rejsowymi połączeniami do dziś , Centralwings, to tylko ci najbardziej liczący się gracze podniebnych wojaży.
Polacy dzięki wyżej wspomnianym liniom i oferowanym przezeń cenom biletów za stówkę, czy dwie (przysłowiową złotówkę sobie odpuszczam) pokochali latanie – przynajmniej tak grzmiały, i wciąż grzmią prasowe nagłówki. Choć… czy rzeczywiście? Czy rzeczywiście jest to miłość do latania, czy latanie niejako z konieczności? Teza o miłości podpierana jest przez statystyki, i te faktycznie potwierdzały ten stan – byliśmy swego czasu, o ile nadal nie jesteśmy rynkiem w czołówce tych najdynamiczniej się rozwijających w skali światowej. Jednak ja niniejszym będę się starał niejako udowodnić, że ci, którzy latają dla przyjemności, dla przygody i dla rozwoju turystyki to zdecydowana mniejszość naszego latającego społeczeństwa. Tym samym jestem pełen radości, iż ja sam mam przyjemność być w tej mniejszości. No nic, tezę czas udowodnić.
Tylko do pracy?
Wyładowane po brzegi samoloty z Polski latają na Wyspy, ewentualnie w kierunku krajów skandynawskich. Dlaczego? Wiadomo. Chętnych na loty do i z pracy jest tylu, że dziś niemal standardem jest, że dla przykładu Wizz Air lata na poszczególnej trasie dwa razy dziennie (a sumując wszystkie loty do Londynu z Polski jest ich 8 dziennie, a do całej Wielkiej Brytanii blisko 20), a bywało, że do Londynu-Luton i trzy razy dziennie z samej tylko Warszawy. To, że Polacy nauczyli się latać na "pracowniczych kierunkach" nie jest niczym złym, ani czymś, co chciałbym zanegować – absolutnie jestem pełen uznania, że oduczyli się jeździć autokarami. Aczkolwiek…. jestem nieco zawiedziony brakiem wiedzy i "strachem" przed zakupem biletu i przed lataniem na wspomnianych trasach (przede wszystkim Wielka Brytania) tradycyjnymi liniami lotniczymi. Uwierzcie, że wcale nie tak rzadko jest taniej – zdarza się, że dwukrotnie taniej w LOT Polish Airlines czy British Airways. Wystarczy na rezerwację biletu poświęcić dziesięć minut więcej, i porównać oferty kilku przewoźników – także tych tradycyjnych. To wcale nie jest takie oczywiste, że tani przewoźnik jest… tani – a zwłaszcza we wspomnianej destynacji, i zwłaszcza w okresach, gdy popyt na loty do domu wzrasta! A jakby nie patrzeć – obsługa, serwis, wygoda, bagażowe limity (British Airways: 23 kg podręczny + 23 kg rejestrowany!!!) i bezpłatny posiłek są na zdecydowanie wyższym poziomie niż u low-costa.
Liniom lotniczym naprawdę zależy
W kierunkach nazwanych przeze mnie "pracowniczych" z Polski latają wszystkie operujące tutaj linie, i jak wspomniałem w większości przypadków codziennie, a nie rzadko więcej niż raz dziennie. Jednak zauważmy, że szefostwu pracujących dla nas tanich operatorów lotniczych zależy na tym, aby wozić Polaków także na wakacje, także na weekend w kierunkach odwrotnych niż te, o których jest wyżej. Mamy możliwość skorzystać z lotów do Francji, Włoch, Bułgarii, Hiszpanii, na wyspy Grecji czy od niedawna (acz wreszcie!!!) na Ukrainę. Niestety, w większości przypadków poszczególne trasy obsługuje samolot raz, dwa, w porywach trzy razy w tygodniu (z drobnymi wyjątkami). I znowu niestety, nasi rodacy, których "na miejscu" mamy około 38 mln, nie potrafią wypełnić po brzegi 170-miejscowej maszyny lecącej do Paryża, Barcelony, czy Rzymu. Statystyk z lotów na wschód jeszcze nie mamy – jednak pozwolę sobie na chwilę prywaty i pochwalę, że będę miał okazję, wraz z jedenaściorgiem znajomych te statystykę wesprzeć lotem do Kijowa. Po co tam lecimy? Aby spędzić tam niewątpliwie mroźny weekend, aby się przespacerować po pięknej stolicy, aby skosztować (nie po raz pierwszy zresztą) ukraińskiej kuchni, i aby udowodnić, że my oburącz jesteśmy skłonni się podpisać pod tezą „Kochamy latanie” dla przyjemności, dla chwilowego kaprysu, i latamy bo chcemy – a także dlatego, co istotne – bo mamy tę możliwość, a nie dlatego, że musimy. I skoro mamy możliwość do Kijowa polecieć za 39zł, a wrócić za… 4zł (z jedynie podręcznym bagażem rzecz jasna) – to jest grzechem z danych możliwości nie skorzystać. Ja, może moi znajomi, oraz pozytywni zapaleńcy z Pasażer.com jesteśmy w tej grupie, która z danych im przez linie lotnicze możliwości korzysta z pasji, z potrzeby chwili. A co z resztą?
Cieszę się z tego, co mamy. Czyli z tych kilku połączeń… tygodniowo niemal w każdym kierunku Europy. Jednak gdy wchodzę sobie na strony internetowe Ryanaira czy easyJeta i wybieram trasy rozpoczynające się w Londynie, Berlinie, Paryżu, Frankfurcie, Rzymie czy Barcelonie to dopada mnie depresja. Bo jeżeli Polacy kochają latać, to jak nazwać uczucie, które z lataniem łączy naszych zachodnich czy południowych przyjaciół?
Moim marzeniem jest taka siatka połączeń między Polska a Hiszpanią, Portugalią, Italią czy Francją z jaką do czynienia mają nasi przyjaciele z innych krajów. Między Barceloną a Paryżem i Rzymem trzy loty dziennie – spokojnie można wyskoczyć na espresso lub pizzę, i wrócić tego samego dnia. Można polecieć po butelkę świeżego beaujolais nouveau i wypić ją podczas romantycznej kolacji tego samego dnia…. już w swoim domu, a nie w Paryżu, gdzie świeże wino kupiliśmy (a wspomniane kupuje się świeżo rozlewane wczesną jesienią). Z Barcelony do Londynu – cztery połączenia dziennie, do Madrytu (wewnątrz Hiszpanii – trzy razy dziennie!!!) – więc jednodniowe zakupy w jednej ze stolic to żaden problem. To, że między Londynem (i tylko z jednego lotniska, a w sumie Ryanair operuje z trzech londyńskich portów!!!) a Dublinem mamy… dziesięć połączeń dziennie, to pomijam. W Polsce chyba nie ma dwóch miast, między którymi byłoby tyle połączeń PKP i PKS razem wziętych. Z Berlina do Rzymu i Paryża easyJet lata odpowiednio dwa i trzy razy dziennie, z Londynu Luton do Paryża – trzy razy dziennie. A do Barcelony – cztery razy dziennie – możemy wyskoczyć… na plażę. Zapotrzebowanie jak widać, tyle że nie u nas, jest ogromne.
A wspomniane przykłady to tylko wybrane spośród kilkudziesięciu. I co najważniejsze – często taki bilet potrafi kosztować kilkanaście euro lub funtów, zdarza się, że… kilka. A z własnego doświadczenia wiem, że linie obdarzają swoich pasażerów takimi promocjami, że bilety dla pięciu osób w dwie strony na jednej ze wspomnianych tras kupiłem za 62 grosze. Polskie grosze.
Nauczmy się brać z tego, co mamy
Mój sceptycyzm wobec tezy, że Polacy zakochali się w lataniu znowu podparty jest tylko i wyłącznie subiektywnymi i osobistymi poglądami. Jeżeli oszalejemy na punkcie latania do tego stopnia, że dziś oferowane dla Polaków i tak nieco egzotyczne kierunki południowe i wschodnie będą oblegane tak, że liczba połączeń zostanie zwiększona, zacznę się poważnie zastanawiać nad popieraniem tej tezy. Jeżeli z Warszawy, Gdańska, Poznania, Krakowa będziemy mogli codziennie polecieć do Barcelony, Porto, Lizbony, Madrytu, Paryża, Rzymu czy Wenecji wówczas się nie będę zastanawiał, a będę tego pewien, że tak właśnie się stało, że Polacy pokochali latanie, i że z radością i przede wszystkim skutecznie potrafią korzystać z możliwości lotu za kilkadziesiąt złotych. I decyzję o weekendowym wypadzie podejmują właśnie dlatego, że mają taką możliwość – a nie lecą w określonym kierunku z konieczności.
Ja i moja ekipa do Kijowa lecimy za wspomniane 43 zł. Ze wszystkimi opłatami. Jednak… dwa tygodnie po rezerwacji bilet… potaniał, kosztując 38 zł. W dwie strony. Nie ma chętnych? W inauguracyjnym locie na trasie Katowice - Kijów airbus Wizz Aira przyjął na pokład 120 osób. Ponad 50 miejsc było wolnych. Jak będzie podczas naszej podróży, nie wiem. My lecimy tak naprawdę tylko dlatego, że jest takie połączenie. I co najważniejsze, mamy już rezerwacje na kolejne eskapady.
Polacy pokochali latanie?
Łukasz Szudrowicz
|
|
| Nie ma możliwości komentowania artykułów starszych niż 31 dni! |
gosc_Eryk 2009-02-06 | Super artykol. Ja w wakacje 2008 bylem w Londynie, Dublinie i Liverpoolu. 10 dniowy wypadzik z kumplem. W styczniu bylem w Sztokholmie i Mediolanie - 3 loty za 55 zl. A w marcu z 5 innymi ziomkami lecimy do Londynu przesiadka i na Ibize, potem Barcelona i powrot przez Lon do Krk. Korzystam poki moge, bo za takie ceny to naprawde z zadnym biurem nie pozwiedzam:) Oby takie czasy trwaly jak najdluzej. I oby bylo wiecej polaczen !! |
szumny 2009-02-04 13:33:24 | W Ałuszcie na Krymie zrobiłem rezerwację pok. 2-os. w przyzwoitym hotelu za 30 USD/dobę. WAŻNE: nie porównujcie cen hoteli w hrywnach z ubiegłego roku z cenami aktualnymi. W listopadzie i grudniu Hrywna poleciała kilkadziesiąt % w dół w stosunku do USD i EUR. Ceny hoteli na UA są z reguły przeliczane na UAH z USD. |
ziberro 2009-02-04 13:03:15 | Może faktycznie trochę niefortunnie sformułowałem myśl, bo nie twierdzę, że w Kijowie nie ma taniego piwa - są przecież kioski z bronkami po 4 UAH, namioty-dobudówki 6-8 UAH, jadłodajnie 10-12 UAH, tyle że większośc z nich pootwierana jest w ciągu dnia i zamykana wczesnym wieczorem. Ostatniego dnia byliśmy na imprezie w akademiku politechniki (goście mogą przebywać tam tylko do 22.00) i choć chcieliśmy poimprezować dalej gdzieś na mieście, to nawet nasi znajomi (kijowscy studenci) mówili, że pobliskie studenckie knajpy życzą sobie co najmniej 14 UAH za 0,5 l i nie ma raczej lokali otwartych także późnym wieczorem z tak niskimi cenami. |
andrzej 2009-02-04 12:37:17 | To, ze Jalta na Krymie jest najdrozsza to zauwazylem. Ale Twoja wypowiedz zabrzmiala dla mnie tak, ze masz na mysli, ze ceny sa tam porownywalne jak w Kijowie. Co do Twojej poprzedniej wypowiedzi to sie z Toba nie zgadzam. Widzisz ja bylem ostatnio w Kijowie 3 dni, z czego 1 wlasciwie w calosci poswiecilem na Czarnobyl i bez problemu znalazlem tanie piwo i tania taksowke. Tak wiec uwazam, ze wprowadzasz ludzi w blad podajac takie ceny. Ktos z forum pojedzie do Kijowa, pojdzie do knajpy przekonany, ze 20 UAH to normalna cena za piwo. POdczas gdy za rogiem moze byc o wiele tansza knajpa. Ale on juz jej szukac nei bedzie bo w Kijowie piwo kosztuje 20 UAH. Rozumiesz o co mi chodzi ? Co do picia piwa na ulicy to podalem to jako mozliwosc. Chyba nie wszyscy forumowicze wybieraja sie do Kijowa w srodku zimy ? |
ziberro 2009-02-04 12:27:13 | andrzej: jasne że tansza od Kijowa, ale duzo droższa od pobliskiej Ałupki, Sewastopola, że już o Sudaku czy Teodozji nie wspomnę. Chodziło mi jednie o punkt odniesienia ;-) |
ziberro 2009-02-04 12:25:29 | andrzej: okej, byłem na Ukrainie dziesiątki razy i wiem to i owo. W nocy babuszek na dworcu w Kijowie nie ma, a pić na ulicy owszem można, jeno przy 15 stopniowym mrozie jest to średnio fascynujące. Owszem, w centrum Kijowa są też miejsca z piwem nawet po 7,5 UAH (chociażby Ukrjinskie Jedlo przy Vladymirskiej właśnie), ale ja podaję orientacyjne ceny dla osób, które mają raptem kilka dni i nie będą co godzinę zmieniać miejsca na inne w poszukiwaniu niższych cen. Te podane niżej nie są wcale (jeśli chodzi o centrum) przesadzone. |
andrzej 2009-02-04 12:22:27 | W Jalcie bylem w listopadzie. Jest duzoooo taniej niz w Kijowie. |
ziberro 2009-02-04 12:19:12 | bagi: na Ukrainie jest względnie tanio, to tylko Kijów (no i Jałta na Krymie) ma tak wyśrubowane ceny. We Lwowie, czy nawet Odessie możesz spokojnie spędzić tydzień za tyle, co w Kijowie nawet na weekend by nie wystarczyło. Taka specyfika wschodnich stolic - podobnie ma się białoruski Mińsk do Grodna, czy Moskwa np. do Kaliningradu. |
andrzej 2009-02-04 12:17:39 | Bagi: Kijów jest taki drogi. W innych miastach ceny są dużo niższe. Np. na Krymie za kwatere z dobrymi warunkami placilem 35-50 UAH, a w Karpatach 20-30 UAH od osoby. Natomiast moim zdaniem ziberro trochę przesadza z cenami. W Kijowie nawet w centrum pilem piwo za 10 UAH, a dodac mozna, ze na UA jest tak milo, ze mozna legalnie pic piwo w miejscach publicznych, a piwo w sklepie jest tansze i lepsze niz w Polsce. Obiad w Puzatej Chacie da sie wyczaic za 30-35 UAH. Metro kosztuje teraz 2 UAH, a co do taksowek to sie chyba kolega wogole nie targowal co na wschodzie jest koniecznoscia. Ja jezdzilem za ok. 30 UAH za kurs po Kijowie mimo, ze poczatkowa cena to bylo wlasnie te 60-80 UAH. Babuszek nie nalezy sie obawiac, prawie zawsze spie na UA na kwaterach prywatnych i nigdy wiekszej wtopy nie zaliczylem. Czesciej raczej bylem pozytywnie zaskoczony. |
bagi 2009-02-04 12:07:26 | Kurcze ja sie planuje wybrac w maju na Ukraine, ale myslalem, ze tam taniej jest:/ a z tymi paniami "kwatiry" to chyba bym sie bal:) |
|
Felietony: Szuderczym okiem
|
|